ATKK-PRZ-I-001

Description

Typescript with the shooting script for Krzysztof Kieślowski's film "Blind Chance" (1981). The screenplay was written by Krzysztof Kieślowski. The cinematography for this film was done by Krzysztof Pakulski. The film was produced by the Tor Film Studio. The document takes the form of a detailed shooting script with numbered scenes and shots, technical descriptions of framing and camera movements, as well as written dialogues and stage directions. It includes, among other things, extended sequences featuring the main character, Witek Długosz, and supporting characters, covering student episodes, opposition activities, the protagonist's medical work, and family and religious themes. The typescript contains alternative descriptions of scenes and dialogues marked in the text, which indicates its working nature and its use in the process of preparing the film. The document includes the author's handwritten corrections and notes.

Date
1981
Type of documentation
A - file documentation
Category
Feature film
Series name
Blind Chance
Technique
typescript
Language
Polish
Film directing
Krzysztof Kieślowski

Page 1

/| 8- dlatego, że jestem tutaj, łatwo mi jest wie­ rzyć. Tutaj jestem bardziej równy i potem: po więzieniu nie chciałem nigdy być mniej równy, choć mi proponowali, wychodziłem z więzienia z ludźmi, którzy mogli mi dużo proponować. WITEK: Ale przecież pan widzi co się z tym robi? WERNER: To nieważne. Jeśli wierzysz, że to. jest w Werner odchyla się i Wi­ dobre, żeby ludzie byli równi i żeby wszyst­ tek znika z kadru. kim było dobrze to to jest najważniejsze. To bardzo proste. Nawet jeśli myśmy tego nie zrobili, ktoś to zrobi. ^J^ż^^uk^ Werner wzdraga się się, choć nic już nie wypił, a jedzenie jest dale­ ko. WITEK :xM®y®vdaEVK5®uxtac5 /off/: Może dać panu koc? WERNER: Tak. Daj. Witek podchodzi do niego od tyłu i zarzuca mu na plecy koc. WERNER: Połóż się spokojnie, Werner opatula się#- OD^f^DW ■ HR A#n£r £ StRO^ć ,?€• ^JiTEbC ja posiedzę jesz­ ^'jTkzt^1 • cze. W łóżku, tam też jest koc. Mam kilka ko- Okt^Oł s^ ^ ^. cy... Werner siedzi przy stole i cichutko wygrywa palcami takąż na blacie jakąś melodię. « Może to jest ta którą zanucił - "za późno..." ale ponieważ tylko widać rytm, więc nie * możemy być pewnie — ^UWO £44^4 _ J

Page 2

9 Witek leży lekko przykryty i patrzy w stronę Wernera. Słychać'melodię wygrywana palcami no stole. WITEK: Witek mówi cicho. Dziesięć dni temu umaił mi oj­ ciec.Nie zdążyłem go przedtem zobaczyć... tylko przez lekarkę powiedział mi, że nic nie Bębnienie po stole ustaje. muszę.

Page 3

SCENA 6 JO Pdkój Adama, korytarz Ośrddka, sala wykładowa. Wn.naturalne. Dzień. XmżnEMfhx UJ. 9 ŚREDNI,PEŁNY,BLISKI. JAZDY. Werner ożywiony, uśmiechnięty inny jakby człowiek niż widzieliśmy go dotąd przedstawia Witka W Adamowi. W dobrze wynosażonym pokoju jest jeszcze młoda kobieta. WERNER: Poznaj, to jest pan Dłu­ gosz. ADAM; 00 robi? WERNER: Ma urlop dziekański po czwar­ tym roku medycyny.

Page 4

UJ. 1 7 BLISKI, AMERYKAŃSKI,MWtyx ŚREDNI .JAZDA. Wdam z Witkiem wjechali windą, z której bezpośrednio wchodzi się do mieszkania. Siadają w wygodnych fotelach dobrze urządzonego ADAM/kontynując rozmowę/: To ci da^ mieszkania. dobrą pozycję wyjściową.I dobrze, że przez chwilę okazałeś słabość. WITEK: Przestraszyłem się, Adam krąży nad Witkiem, którego nie widzimy. ADAM: Wiera, Chcę, żebyś; wiedział, że taką chwilę też można wykorzystać. Jak są przez moment mocniejsi, czuja przewagę l®xtraną przestają być uważni i potem można bardzo łat­ wo zrobić, że znów są słabsi.Niepotrzebnie Adam przechodzi nad Witkiem. Zostajemy na Witku. Mwx^iadaxk®ł»vWrtka. tylko powiedziałeś, że mają rację. Przy nich WITEK: Przecież mieli. ADAM/off/? Ale czemu przy nich? To był jedyny błąd, trzeba wiedzieć, kiedy przyznawać racje. Z tego musi coś wynikać. Autorytet, prestiż, Adam siada obok Witka. ustępstwo. WTTEK: Chciałem tylko, żeby było sprawiedliwie, m> dla ich dobra.

Page 5

ADAM: Ale nie "byłeś tam prywatnie. Reprezen­ towałeś i wtedy sentymenty się nie liczą. Zupełnie inaczej byś się zachował, gdybyś był sam, WITEK: Żaglowałbym się tak samo. A byłem i tak ADAM: Po pierwsze by eię tam wcale nie był*, WITEK: T® Pakt. ADAM: I nie byłeś sam. Miałeś telefon i wiedzia­ łeś, że za tobą stoi, władza. Bez tego byś się po- prostu bał.

Page 6

*v«*w jblł. x «4e wieaziaf, że za wuą to nie mógł byś się zachować tak, jak to zdobiłeś. WITEK: Mógłbym. J£ z ADAM: Nie. Bo byś się bał. » Wchodzi Krystyna niosąc filiżanki z herbatą. Patrzą na siebie z Witkiem. ADAM: Pan Długosz, Krysiu. Krystyna kiwa głową,RBo£ WITEK: Dzieńdobry. Ada^widzi, że zachowują się inaczej niż gdyby widzielei się po raz pierwszy. Krystyna wychodzi. ADAM: Czy to nie ty dzwoniłeś do nas kiedyś z rok temu, jeszcze nim Werner wyjechał?

Page 7

22. spokoj,To bandyci, }^>“^*»*^ OJCIEC: Lubiłem tam leczyć i ich wszystkich też, BUZEK: Ale przecież cię wygonili, 2 OJCIEC: Ais teraz wołają z powrotem. Zlikwidowali patronat, ma być normalny szpital. Zbuntowali się przeciw młodym lekarzom, wiesz? BUZEK: Zbuntowali się? W dzisiejszych czasach? SCENA 14 Wn,naturalne. Mieszkanie Wernera, Zmierzch, UJ. 19. BLISKI,PEŁNY,BLISKI,ŚREDNI. Witek w rozpiętej koszul' pił coś z/ pewnej szklanki przez słomkę. WITEK: Mów! Mów miIMkaidym^wukuleżtn 0 każdym^po kolei! SZUSFA/off/J Pierwszy był taki chłopak na obo­ zie harcerskim. Musiałeś go znać, był dwie klasy .wyżej w "C". Lufa mówili na niego, bo miał dwóje. WITEK: Blondyn. Duży? PANORAMA - Opuszka siedzi naga z'kolanami pod brodą obejmując CZUSZKA: Duży, duży. Chcesz dokładnie9 rękami nogi,. WITEK/off/: Tak. CZUSZKA: W namiocie,w noc świętojańską* Najpierw ml dotknął piersi,w tańcu, byłam bez stanika... WITEK/off/: I co? CZUSZKA: Pierś mi stwardniała i on to poczuł. Już nie mogłam się opanować, dotykał mi piersi i potem pod pachami, delikatnie,... WITEK/off/: Wiedział, że to pierwszy raz? CZUSZKA: Nie, nie rozebrałam się, N^e było czasu, spieszyliśmy się. PANORAMA - Witek przesiadł się bliżej. WITEK: Ryx Raz? CZUSZKA/off/: Potem jeszcze raz, już w Łodzi, u nie- go. WITEK: Jak cię spotkałem po jedenstej klasie, co nie chciałaś ze mną iść do kina, to już było po? CZUSZKA/off/: Po. Witek ciągle pije nrzez słomkę. WITEK: Potem?

Page 8

CZUSZKA: Straciłam rok, bo się nie dostałam.1 & na egzaminach poznałam asystenta WTTEK; Żeby ci pomógł przy następnych? CZUSZKA: Byłam z nim przez trzy lata. Choć potem przeniosłam sie do Warszawy, na SGGW. WITEK: A W tym pgąsfpg— _ . PANORAMA - Czaszka opuściła CZUSZKA: Z chłopakiem ze szkoły aktorskiej. WITEK/off/: Zdradziłaś asystenta? rece, CZUSZKA: Tak, z tym chłopakiem, K chałam go, a on mnie nie. Z asystentem się rozlazło, a katar aktor skończył i pojechał do Krakowa. Witek przeszedł obok. Czsuszki WITEK: Znany? pijąc wr^z^ł^mk ciągle. Odprowadziła go wzrokiem i zniknęła z kadruz - PANORAMA. CZUSZKA: Tak, znany. WITEK; Uh jeszcze? Usiadł na łóżku, CZUSZKA/off/: Przez rok byłam bezpańska. WITEK/att/: Nikt się nie chciał? CZUSZKA/off/: Obcięli, ale jakoś nie mogłam, Czeka— । łam na coś... czegOf5 sie doczekała? Czuszka podchodzi do Witką, wchodzi) w kadr, Witek mówi po cichu. Z CZUSZKA: Od roku jestem % takim chłopakime zk roku, / Z brodą, ^ą^^/J^?^^ I WTTEK: Byłaś. Teraz krzyczy, CZUSZKA: Co? WITEK: Byłaś' Czuszka zrozumiała. CZUSZKA: Byłam. Co ty pijesz? WITEK: Wódkę. Pierwszy raz tyle. Czuszka odstawia pustą prawie szklankę* CZUSZKA: Czemu przez pół roku mnie nie szukałeś? ^yłam tu kilka razy ale bałam się zadzwonić. Raz zadzwoniłam i nie było cię. WTTEK: Ja też kilka razy byłem na uczelni. Widziałem cię... Całuje ją. Układa na łóżku, a ona mocno obejmuje go nogami.

Page 9

y Patrzymy na ich twarze. Czuszka osuwa sie na bok. Patrzy na Witka mocno, intensywnie CZUSZKA: Kiedy się urodziłeś? WITEK: W czerwcu 56 roku. W Poznaniu. CZTISZKA: Ja też, tylko w Ł dzi. Czułam, że tak musi być. WITEK: Wtedy w Poznaniu były czołgi. Ojciec nie wrócił na noc, pracował u Cegielskiego. Matka poczuła wcześniej bóle, poszła sama do szpitala, urodziła nas ±vsranrixx na korytarzu i umarła. CZUSZKA: Jak to was? WITEK: Z bratem,. Urodziłem się pierwszy i dlate6° żyję. Wydaje mi się, że pamiętam ten mo­ ment, choć to niemożliwe. Ale mam taki obraz pod powiekami.

Page 10

24. /(O SCENA 15 ^O ' Hangar i przystań nad Wisłą. Wn.naturalne z elemetami pleneru. Dzień UJ. 20 PEŁNY,BREDNI,JAZDA. Czuszka z Witkiem otworzyli drzwi wielkiego hangaru. Młodzi chłopcy w harcerskich chustach CZUSZKA: Cześć! przygotowywali tam łodzie, Chłopcy odkrzyknęli jej trochę chórem, trochę pojedynczo.. Podszedł przystaniowy, do którego Czuszka mówiła "panie bosmanie".Przywitał się i odciągnął ją na bok. Przez rozmawiających Bosmana i CZUSZKA: Co jest, panie bosmanie? Czuszkę widzimy Witkarxktśxyx BOSMAN: Przynoszą,cholera, coraz więcej. Już dwie łodzie są załadowane. Nie daj Boże, żeby ktoś wpadł. CZUSZKA: A co?.... Bosman zerknął na Witka, BOSMAN: Nie, na razie nic. Witek odwrócił wzrok. Czuszka podeszła do chłopców. CZUSZKA: Bosman się skarży,że trzymacie tu bibułę. CHŁOPAK I: Jutro Jacek zawiezie do Gniezna . Witek jest widoczny, ale jest daleko. Gdzieś musiała leżeć, CZUSZKA: Dużo tego macie? CHŁOPK II: Sporo. Chłopcy podprowadzili Czuszke do t 2 Omeg, W achterpiku pełno było paczek z książkami. Craszka Czuszka spojżała na Witka. Czuszka uśmiedhnęła się, CHŁOPAK I: Got to za facet? CZUSZKA: W porządku. Witek! Witek podszedł, Czuszka wyję­ ła książkę z kupki. Brandys. Podała Witkowi, CZUSZKA: Czytałeś? Witek pokręcił przecząco głową. CZUSZKA: Kosztuje trzydzieści złotych./do dokumentacji/ Temu chłopcu. Pokazała na Jacka, Witek wyjął pieniądze i dał Jackowi. Czuszka zajęła się wyjaśnianiem jakiś technicznych prob­ lemów żeglarskich, patrzyli na spody łodzi a Witek stanął sobie w kącie i ,

Page 11

25. przeglądał książkę. Po chwili WSSEKt Czuszka podeszła do niegoy razem z trzecim chłopcem, widocznie opieku­ nem czy właścicielem łodzi, o którą CZUSZKA: Jak ją nazwiesz w tym roku? oparł się Witek. CHŁOPIEC TU: Puls CZUSZKA: W zeszłym roku nazwał ją Nowa, Czuszka roześmiała się, Rejestrują te nazwy, nie zorientowali się. xW£^¥xx£zrw Dobrze wydrukowane, nie? Chłopiec odszedł. O WITEK: Czemu wy to robicie? CZUSZKA: A kto ma robić? SCENA 15 ^O , Dom Buzka. Wn.naturalne. Noc. BUSKI UJ. 21 2EŁ®, ŚREDNI, JAZDA. Buzekw rozpięzym szlafroku wyrzuca z tapczanu pościel. BUZEK: Idziesz spać? Nikt mu nie odpowiada. Ze złością głośno zatrzaskuje tapczan. Podchodzi do Werki /żony/, która siedzi w kucki na sfarym fotelu. BUZEK: Może się wyleczysz, co9 Masz psychiatrę w domu. Werka nie odpowiada. Bierz? ją za kark i mocno, boleśnie ściska. Werka nie rusza się. Do cholery, nie może być tak, że przez swa miesiące nie mam żony, bo twoja Werka wyrywa się. i wyboiega z matka jest chora. pokoju. Biegnie prędko, ale widząc smugę światła w łazience zwalnia i staje. PANORAMA - przez uchylone drzwi łazienki widai ojca Buzka, który rozwiązuje sobie duży opatrunek na ręce. Ręka jest spuchnięta i widać na niej wyraźnie fioletowe ślady po uaderzeniach widelca. Podchodzi bliżej pod lampę i teraz te ślady widać wyraźnie. Chce zasłonić te ślady słysząc kroki, ale już jest za późno, PANORAMA- Buzek nadbiegł za Werką i stoi teraz w drzwiach łazienki. Ojciec chowa rękę za siebie. Werka powstrzymuje Buzka. BUZEK: Kto to ojcu zrobił? . OJCIEC: Spadłem ze schodów.

Page 12

Zwichnąłem sobie. BUZEK* Przecież widziałem. Wbili ojcu widelec

Page 13

26. 4Ax Ojciec ma już zabandażowaną rękę i patrzy j ©JCIEC: Co? Zwichnąłem sobie, zdziwiony. BUZEK: Przecież widziałem. Wbili 'ojcu * widelec! _______________________________ ______________ i iO Hol przed dużą salą konferencyjną. UJ. 22 Dzień. Wn.naturalne. ŚREDNI,BLISKI. JAZDA. Przed salą konferencyjną stało bardzo wielu ludzi pogrupowanych, jak to w przerwie dużego zebrania czy zjazdu.Ktoś schodził po schodach. ludzie rozmawiali i załatwiali sprawy. v Witek stał w grupce ze swoim Przewodni­ czącym i jeszcze dwoma w czerwonych krawatach. ^ ^^ PRZEW£DN: ^ ^dwa ^o^^t^Że^y jeszcze paru ,na'górze jktrafiJo tav -Dowiedzieć mpże byśmy inaczej wyglądali. CZERWCA KRAWAT’: Precyzja, stary Podchodzi do nich Adam, Wita / L się ze wszystkimi, oni wyraźnie z uszanowaniem. A^ ' S^. ' PRZEWODNICZĄCY: Właśnie rozmawiamy. Jeśli, można pogratulować. ADAM: Dziękuję bardzo. CZERWONY KRAWAT: Bardzo inteligentne było, “bośmy usłysze 1 ii. Zwraca się do Witka. /M^L/^yĄJ^’A1 ADAM: Dziękuję. Można na chwilę? Odchodzą na bok, stają przy oknie. ADAM: ^®^ chyba cle wybiorai WITEK: Aie wierny Adam śmieje się. A c • ADAM* Bardzo ważne z kim odchodzisz na chwi­ lę na bok.^WśWWtV^ rWW5i^^^^ xi^i6W®^t^^ Kiedy wraca Werner? WITEK: Za miesiąc. Wie pan- spotkałem bąrrABAMi dzo ciekawa®h ludzi. Harcerzy. ADAM: Tak, słyszałem. Jakrss rWęmka rożnosza. WITEK: Maja straszny za|>ał, TSAoiA druk.Chciał bym wieź takich chłopców® ADAM: Chodź tam dalej. Musimy wiedzieć co się dzieje - żebyśmy nie byli zaskoczeni. Witek z lekka stężał i Adam zauważył to. Słuchaj, ty® mi coś mówisz. Ja to mówię komuś

Page 14

.13 i z tego, wytwarza się pogląd, Chcemy,żeby nasz pogląd wygra* zwaciężył inny pogląd, któ­ ry bierze się z innych 'informacji i ocen. To jest grą. Dlatego W# ważna jest informacja*— • LCPUO iWi^- Jedziesz w lipcu na spotkanie z francuzami? WITEK: Mar jechac. ^roche to zależy od d.zisiejszyc h wyoborów. ADAM: Musimy się jeszcze przed tern spotkać. SCENA 18 1 17 ^W^ Łan i er ki - ulica ^j^^®eA>. Plener• Dzień. UJ. 23 ŚREDNI, BLISKI. JAZDA. Witek z Czuszką idą pod górę Agrykola. CZUSZKA: Nie chciałam sie z tobą spotykać w domu bo jest kłopot. WITEK: T^k^Wbnhrbwbfe^ Właśnie,- Werner wró­ cił. CZUSZKA: Nie, musimy się w ogóle jakoś inaczej umawiać. Będę do ciebie dzwonić. Witek przystanął. WITEK: Czemu? Stanął też za nimi jadący nowoli CZUSZKA: Znaleźli te gazety w łodziachw i samochówd, złapali dwóch moich chłopców.Zliwidowali dru­ karnię, wszystko razem. Z samochodu wysił.d>o dwóch mężczyzn,i ©odeszli. MEZCZYZNA I: Pani Olkowska? Mężczyzna wyjmuje legitymacje. MĘŻCZYZNA II: Mogę prosić rana o dowód? Drugi też, pokazuje Witkowi. Witek wyjmuje dowó.d. Mężczyzna przygląda się zdjęciu. MĘŻCZYZNA TI: A,to pan. Oddaje dowód Witkowi. Dowód Czuszki wkłdda do kieszeni. Odchodzą razem z nią, wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Witek patrzy za nimi. SCENA 19 f* Mieszkanie Wegnera. Wn,naturalne, UJ. 24 PEŁNY,BLISKI.JAZDA. W ciemnym pokoju zapala, się światło. Werner Wieczór.

Page 15

2$. ^M opatulony w koc.siedzi Kvfst przy stole. WERNER: Zgaś światło. Witek stoi przy drzwiach, wchodzi w kadr. WITEK: Nie! PANORMA i JAZDA - Witek podchodzi Pokazałeś mi, że w coś woźna uwierzyć i powoli do Wernera. ja ci uwierzyłem. Jak pojechałem do- ło­ dzi do mojej ciotki i pokazałem jej legity­ mację, to powiedziała, że nie zmarnowała ży­ cia! Ona jest jeszcze starą, przedwojenną ko- munistką! Rozpłakała się... ?®d Jest już blisko Wernera i mówi mu prosto w twarz. Ale teraz zobaczyłem, że ta idea jest tylko po to, żeby władza mogła działać tak, jak chce. Tylko po to! Po nic innego!: Nie chcę takiej idei... W WERNER: 0 co chodzi? WITEK: 0 to, że zabrali drrerrakr kilku dzieciaków za to, że roznosili jakieś pisemka! i A przy mnie wzięli dziewczynę, widziałem to! ®tafFgHx A ja sam potwierdziłem przedtem Adamowi, że oni to robią! -Sam to mu powiedziałem! Werner sięga po telefon. WWNEta WERNER: Mówi Werner. Wykręca numer. W telefonie cisza. Po chwili odzywa się głos Adama. ADAM/Off/? Kryśtyny nie ma. Wyjechała. WERNER: Mam do ciebie sprawę. < WITEK: Nie! WERNER: Możemy przyjść? Z Witkiem? ADAM: /off/: Możecie. Werner odkłada słuchawkę. WITEK: Nie chcę! WERNER: Takie rzeczy trzeba od razu. ------------------------------------------------------------------------------------------------- -------------------- —-------------------------- - ------------------ '------- ---------- f------- 3 CENA 20 Mieszkanie Adama. Wn.Maturalne UJ. 25 AMERYKAŃSKI,ŚREDNI^ JAZDA, Przechodzą we trzech przez skomplikowany korytarz. Adam puszcza ich przodem,x®kax Werner jest w płaszczu i kapeluszu, Witek w kurtce. Nie chcieli się rozebrać? Adam, siada na tapczanie w Wieczór.

Page 16

5©c 29./,7 swoim dużym gabinecie, Werner siada w fotelu. WERNER: On w ogóle nie chce z tobą roz­ Witek stoi tyłem do kamery. mawiać. ADAM: Ale® może usiąść? No, mów. Witek jednak nie siada. WERNER: Powiedział ci o jakichś harcerzach. Aresz­ towali ich, znaleźli literaturę w klubie czy na przysta­ ni. Uważa, że od niego poszła informacja. ADAM: Zwariowałeś, do cholery? Obaj jesteście śmieszni, /naiwni/. Podchodzi do biurka, telefonuje. Cześć, Adam.... ^Nie, -tytką hyła jakaś sprawa z harcerzami.. . .Daj spokój, przecież, to dzie­ ci...No, właśnie. Zorientuj się czy tam nie było nic groźnego.... Żeby nie robić kwestii. Właśnie. Adam podchodzi do Witka. Mam nadzieję, że -ich wypuszcza.. Już' w porząd­ kuj WITEK: Nie! Nie chodzi o to, co ja o panu myślę, ani o nasze stosunki, ale o to co się w ogóle dzieje. ADAM: Tłumaczyłem ci, że są różne opinie i że są różne informacje. Wreszcie - to jest walka. WITEK®ADAM: Z harcerzami? TU, ADAM: iŁak; to jest walka polityczna. Rcxu®yzą kóąż ykiyrktórayvavnv^an±wk0VKwyxxx Pe książki,ga ­ zetki są przeciwko nam... WERNER: Przeciw tobie. Przeciw władzy. ADAM: Nie, przeciwko temu w co wierzymy. Czemu nie jesteś z tymi chłopcami? Czemu nie roznosisz książek? '

Page 17

Zbliża się $0 Wernera. Werner wziął ze stolika obok WERNER: ^a dużo się napatrzyłem na was tapczanu leżący wśród damskich drobiazgów breloczek ze wszystkich walczących. Stoję z boku. złotym łańcuszku i nrzyglada ADAM: Nienawidzisz ich! Stałeś® z boku, tak, mu się z uwagą. , i wydawało ci się, że to wystarczy, że to jest wystarczająca forma protestu. Byłeś w porządku. I jak się pojawili; choćby ci harcerze , którzy pokazali, że można się sprzeciwić czynnie - sam zobaczyłeś, że jesteś już mniej w porządku. Dlatego ich nie cierpisz. WERNER: Tak, nie lubię ani ich ani was, Adam dostrzega, że Werner ADAM: Mnieteż nie lubisz? Czemu? bawi się breloczkiem. Werner patrzy na niego znad breloczka. Ale jak się coś stało konkretnego przycho­ dzisz tu! Wolisz przyjść do tego domu, gdzie WWNERtv3?i®rwyxyxra^ OAMrvx zrobiłem wszystko żeby cię nigdy nie było, niż zadzwonić, żęły wypuścili kilku harcerzy. Bo nie chcesz mieć z tym nic wspólnego! Ani z tym, żeby ich arezstowali, ani żeby ich wypuścili! _ WERNER: Kiedy aresztowalifćiebie a potem mnie, wte­ dy myślałem, że to jest po coś. AD±MxvT'^xpavE'Oxmów±^zv±akimvEfcłupv®mxyakxW±t'g:k BfWWWrZ^ ADAM: Bo jest po coś! Sami stworzyliśmy ten świat, nasze pokolenie, taki jak jest, ze złym, i z dobrym. I z regułami, z prawami. Jeśli chcg zmienić to złe, muszę być w środku i przestrzegać reguł, nawet po to, żeby i je zmienić! WERNER: Widzę , jak zmieniasz. ADAM: To po co mówisz takim chłopakom o wierze

Page 18

50- ^ i o nadziei? Dokładnie wiesz jaki jesteś atrak­ cyjny - wypalony ivE±ąyi®rwieryąyy przez to w co Werner zawiesił brelo- wierzysz i ciągle wierzący.... czek na palcu, teraz dynda wacha mu się powoli. Adam zdecy­ dowanie odbiera mu ten breloczek. Werner zaciska dłoń, łańcuszek pęka i zostaje w ręku Adama. WERNER: Mówię tylko to co myślę. A on słuchał, bo czegoś szukał. ADAM: Chciał coś zrobić. I zrobił przez te lata kilka pożytecznych rzeczy. WERNER: twoimi metodami. ADAM: Nie, swoją własną głową. I zdążył zrozumieć, że trudnny^ystyyddnrótiń żeby urządzić iKnia^ świat za sprawiedliwiej, to trzeba to robić. I że to każdym razem kosztuje. Werner pokazuje głową na ł®x breloczek w ręku Adama. WERNER: Widziałeś kiedyś, co tam jest? ADAM: Nie... WERNER: To zobacz. Adam widzi, że breloczek ma zameczek otwiera go i ogląda tó? wnętrze. WERNER: Pokaż mu. Adam odwraca, breloczek w tsronę Witka. Witek podchodzi - JAZDA t i no chyl a. się nad stołem. V • armar c zng W środk^Tz^jęcie całej trójki: Adam, Werner i Krystyna. Młodziutcy, uśmiechnięci. SCENA ?1 30 Korytarz szpitala. Wn.naturalne. D Dzień. UJ. 26 ŚREDNI. Przy oknie stał Buzek z ojcem. Ojciec zaniedbał widać ranę - ręka wi- siała na temblaku / a może nawetbyła amputowana?/ . BuzekvdHłv®yyu^®see®te^''€h3taaz;^wvyvyBHW^xv®d>r^snyuEńwndKytył*?is. Buzek nakręca ojcu zegarek, on nie może zrobić tego jedną ręką, potem zakłada myląc się oczywiście, ojciec odsuwa

Page 19

chorą i podtyka zdrową rękę. BUZEK: Wiem, kto to nącu tacie zrobił. OJCIEC: Skąd? BUZEK: Byłem w Miodowej, dowiedziałem się,*¥w^ śsśs*-^ Jacek, taki z dłogimi włosami. Buzek pilnie patrzy na ojca, ale ten ani nie potwierdza ani nie zap- rzeczą. OJCIEC: Gdzie Werka? Czemu nie przyszła? BUZEK: Znów nojechała do Łodzi. Mam no nią wyjść wieczorem. SCENA. 22 ' Przed Lotnieskiem Okęcia. Plener. Dzień. UJ. 27 BLISKI,PEŁNY Wit«k dobrze ubrany wysiada z autobusu. Czeka chwilę i w drzwiach pojawia się Czusz­ ka. Witek ma torbę, zupełnie inną niż ta z którą wyjeżdżał z Łodzi i aktówkę. Widać, że czekała z tą CZUSZKA: Jak wrócisz, to mnie nie szukaj.

Page 20

SCENA P2 3^ Przed lotniskiem Okęcie. Dzień Plener. UJ. 27 BLISKI. JAZDA. / Witek Bobrze ubrany wysiada Witek wysiada z autoousu. Czeka i za chwilę pojawia się Czuszka. Idą w kierunku dworca, ciągnąc rozmowę, którą przerwała im nudwyy jazda autobusem. WITEK: Nie dokończyłaś... CZUSZKA: Właściwie dokończyłam. Przyno sza trzy razy dziennie jeść. Nic szczegól ­ Witek naprawdę chce się tego dowiedzieć. nego w sumie, tyle że nieprzyjemnie. WITEK: A jak przesłuchują? Co robią,co mówią? CZUSZKA: Czy bili? Nie, nie biją. Ty nigdy nie siedziałeś? WITEK: Slgdy Tak się złożyło. Czuszka przygląda mu się u- ważnie. CZUSZKA: I już nigdy nie będziesz siedział, nie? Witek nie odpowiada. Czy ty nie miałeś czegoś wspólnego z tym, że ja dziś wyszłam? Witek nie myślał, że go oto spyta. WITEK: Właściwie nie..... Czuszka patrzy na niego przenikliwie, ostro. Słychać,xx® że ktoś woła: "Witek!" WITEK: Chodź ze mną, na chwilę, koledzy woła­ ją. CZUSZKA: Poczekam tutaj. Witek idzie - JAZDA - do stojącej grupy.Poznajemy kolegów z organizacji. Witając się z jednym z nich Witek dłużej zatrzymuje rękę. Ogląda się przy tym na postawioną Ctv$wtw Czuszkę.

Page 21

^^^^^^^tMy^^ WITEK: Znamy się... 4^(^' '• LEKARZ: Tak z Miodowej. Stary, wdzięcz­ ny ci jestem. Tam afery, WITEK.: Co?^^^^^- jedna za drugą* LEKARZ: Chłopak, ten od buntu, poranił leka­ rza. Wc oraj 5® syn lekarza przyjechał i stuka

Page 22

3 nął tamtego. Afera. « Do grupy podszedł jeszcze jeden młodzieżowiec. Ludzie ożywili, ten facet miał przynieść fet paszporty, RozFACET: Macie paszporty. Ale jest kłopot. dał je, wita! Popatrzyli na niego. Zniżył głos. Zaczęły się jakieś ruchy. Strajki w Lublinie,!5na kolei, coś w Łodzi. Nasi lu­ dzie są w tych strajkach. Szef odwołuje wyiazd. n^<*^ Ottitm' ^ ^^- Ktoś stęknął, ktoś przeklął. Kacet rozgląda się. Prosił, żeby Jurek pojechał i wytłumaczył waszą nieobecność albo spóźnienie. Masz ma- _____ _____ ___ ____________ teriały?

Page 23

Witek nie słuchał już dalszego ciągu. 3^. Wraca do Czuszki, uśmiechnięty teraz, rozradowany. Czuszka patrzy na niego tak jak przedtem WITEK: Nie jadę, zostaję! Wytłumaczę ci jak to wszystko było... CZUSZKA: Nic mi nie wytłumaczysz. Nie szukaj mnie już nigdy. Odwraca się i ddchodzi. Witek zostaję sam ze swoją radością..

Page 24

'Podchodzi Jurek, ten który ma lecieć. JUREK: Stary, chciałem się pożegnać. Muszę już wchodzić. Witek jeszcze w temacie Czuszki przygląda mu się uważnie.

Page 25

Jurek przytaknął. Coś jeszcze mówili, Witek odszedł, może chciał zdążyć na autobus, którym miała odjechać Czuszka ale jeszcze nim wyszedł z istni hollu - obejrzał się. Jurka całowali pozostali członkowie dis delegacją, stał z rozłożonymi ramionami w których trzymał kilku chłopaków i dziewczynę. SCENA ^ 8°. Dworzec w Łodzi. Plener z element, wnętrza. UWAGA: Tricki. UJ. >4'AMERYK.ŚREDNI,PEŁNY.JAZDY. Od strony miasta z torba w ręku nadbiega Witek. Spieszy się. Potrąca stojąca obok hali dworcowej kobietę liczącą pieniądze. Pieniądze rozsypują się. Pijaczek z papierosem w ustach patrzy za toczącą się dwudziestozłotówką. W tle Witek przypgrcha się do kasy, pijaczek odnajduje 20-złotówkę, podchodzi do kiosku, bierze piwo, odchodzi o krok i kiedy przechy­ la kufel do bardzo spragnionych ustx i kiedy już ma pić nadbiegający Witek wytrąca mu kufel z ręki. Witek biegnie dalej - JAZDA e goniąc ruszający widocznie po ciąg. Od kamery wchodzi w kadr SOK-ista, rozkłada szeroko ręce i Witek wpada w ten uścisk. Od momentu kiedy Witek przebiegł połowę peronu - ZWALNIAMY zdjęcia Dzień’ pochm,

Page 26

33. <2H ażd do prawie całkowietego zatrzymania ruchu kiedy SOK-ista trzyma go już i wiadomo, że pociąg odjechał. ^u z yka. Potem znów przyspieszamy ruch - bo Witek zaczyna się szarpać, coraz mocniej, aż ż odskakuje i pró­ buje uciec SOK-iście. Przeklina przy tym okropnie* ®^i«$ayx^fei^iravxwwvsinęv3axwhiriciYdKrRtós^ pł®v±erxprirxvwy$^irB^srCTy^wvwayxrzwMxwivx UJ. ^BLISKI SOK--; sta zdyszany wyszarpuje radiotelefon. SOKISTA: Władek, zatrzymaj go! I zawołaj milicję! X) UJ. ^S SRED NI,AMERYKAŃSKI. JAZDA. Witek biegnie - xvnaxk®ńEUxp®v®KavEX®tavnaxiff±®gwx dnay±vS@Kv±^tR-xvW±te-kvabswżu±n±ex po kilkunastu krokach zwalania, oglądając się - nikt za nim nie biegnie. Idąc pąłbokiem - półtyłem wpada w ramiona drugiego SOK-isty, który już czeka na niego u końca peronu. Biały z wściekłości wyrywa się, zruca przy tym SOK-iście czapkę, puszczają guziki, ale już od wejścia nad iegą dwóch milicjantowi i za chwilę Witekvw±®TOOTay wyrwający się i wierzgający Witek wleczony jest do stojącego radiowozu. Jeden z milicjantów odpina pął^ę. Wrzucają go do samochodu, pada na podłogę, zrywa się znów przeciw nim, a wtedy milicjanci nie żałują już swoich pałek. Samochód już jedzie. BO SCENA Sala Kolegium Orzekającego. Wn.naturalne. Dzień. UJ. -^ BLISKI Przez ciężkie,e^e® spracowane, o brudnych paznokciach ręce SOK-isty widzimy złą twarz SOKISTA/off/:....a tydzień przedtem złaWitka. pałaem go, jak załatwiał potrzebę fizjologicz­ ną na dworcu. Nie spisałem meldunku, ale to był ten sam. PRZEW.KOLEGIUM/off/: Czy to prawda? WITEK: Nie. Ręce SOK-isty znikają z kadru, zos- taje krzesło, na których je trzymał i prze to krzesło widzimy Witka. PRZEW.KOL./off/: Pan jest studentem?

Page 27

34. 26 WITEK: Tak, mam urlop dziekański. Chwila ciszy. PRZEW.KOLEGIUM /off/: Kolegium postanawia ukarać pana trzema tysiącami złotych, sit?® z zamianą na tydzień prac publicznych. Co pan woli? WITEK: Tydzień prac. ^J • UJ. 3* DETAL Pióro protokólantki stawia krzyżyk w odpowiedniej rubryce. scena PA- 90 Duża polana parku na skraju miasta. Plener. Dzień. ŚREDNIo UJ. 53/pełny, jazda. Na dużej polanie lekko biegnącej pod górę wyz­ naczono taśmą rysunek wielkiego orła. Skierowani do prac publicznych mieli skonać teren wewnątrz rysunku, żeby nodadzone tam kwiaty różne kwiaty dały piękny obraz. W sitss^ miejscu gdzie wyznaczono skrzydło ptaka kręciło się kilka osób. Witek i®® konał przy połączeniu skrzydła z szyją. * Usłyszał brzęk łopaty o szkło. Spojrzał. Kopiący przy dziobie chłopak wyjmował z ziemi butelkę. Witek podszedł do niego - JAZDA. Butelka była szczelnie zakorkowana. Marek otworzył korek, wewnątrz była kartka. Nikt z reszty kopiących - ludzi wyraźnie skazanych na prace z powodu przenicia i awantur nie zain­ teresował się butelką. Marek wyjął kartkę. Witek zaglądał mu przez ramię. Kartka miała dobrze zachowane pismo. MAREK/czyta/: Rok 195^. Jesteśmy na IV roku studiów. Za dwauiytyy dwadzieścia lat będziemy: Janek Włodek - wicepremierem, Staszek - ministrem, Karol - naczelnym redak­ torem, Janek - za granicą z dochodem co naj­ mniej 100 tvs.dolarów rocznie. Wtedy wyjmiemy butelkę, w kwietniu 1977. Podpisy. <Wi£it NA \/SM(?CMłl «Lf-Ak/4 WIT EK: wy j ę 1 TT Jest maj. MAREK: Szkoda, że nie ma nazwisk. Za co? uł i ptMA . WITEK: Sokista mnie noszarnał na dworcu. A ty? ___ !M' T U ^ł^ / MAREK: Latający uniwersytet. Poyżyczyłem miesz kanie. Za drugim razem sąsiad Podpisał oświad-

Page 28

czenie¥vx«rx^^fewvKwkiśiyx o zakłóceniu spoko­ ju. Co robimy z butelka? WITEK: Zakopiemy spowrotem. Może kiedyś wyjmą spod tego orła. Jest jakiś wicepremier Włodzi­ mierz? Chcą włożyć papier do butelki i Witek zauwa­ ża, że po drugiej stronie też jest coś napisa- nego. Czyta. WTTEK: Odkopałem w 1975 roku. Co wieczór dzię­ kuję Bogu, że wam się nie udało. 4j^ft?WV^-ę-J ^rm*. Janek. UJ.34 ŚREDNI. Witek konał teraz na skraju nogi orła. Zbliżył się do niego nieokreślony NIEOKREŚLONY: Kolego, nie masz czegoś? facet w kurteczce. WITEK: Czego? NIEOKR: Marki, dolary. Wszystko jedno. WITEK: Nie, nie pyaynyęvwvtyi^vx robię w tym. NIEOKR: y A w czym? WITEK: Właściwie w niczym. UJ. 35 ŚREDNI, JAZDA. Odchodzili z Markiem od pola z orłem. WITEK: Kto ci to wszystko powiedział? MAREK: Ojciec. WITEK: Mój umarł dwa tygodnie temu. Nie zdążyłem go nawet przed tym zobaczyć. Tylko przez telefon powiedział, że nic nie muszę. I powtórzył, rrzez znajomą lekarkę. MAREK : A co musiałeś? WTTEK: Chciał żebym był lekarzem. Chciał żebym był po­ rządnym człowiekiem. Nie wiem co miał na myśli, mówiła że nie sterał chciał umierać, choć długo przed tym wyglądało że się jakoś pogodził.

Page 29

SCENA X * ' Duże mieszkanie, klatka schód. Wn.naturalne. Wieczór. UJ.36 BLISKI, Marek i Witek siedzieli w bardzo zatłoczonym mieszkaniu, na podłodze lub na oknie. Słychać było głos wykładowwyy młodego wyk­ WYKŁADOWCA: i^irte^^wHOTpyyTryz^^ ładowy . xakox Są normy etyczne, które nazwać można normami ogólnie ważnymi. Do takich właśnie należy zasada "nie zadawaj gwałtu". PANORAMA - po twarzach słuchaczy To nie znaczy, jak interpretowano Tołstoja, żeby nie sprzeciwiać się złu. Tylko doorowadza nas do wykładowcy, sprzeciwiając się złu trzeba pamiętać o re- młodego, dobrze zbudowanego akcji. Sprzeciw, który jest gwałtem, wywołuje mężczyzny. Siedzi w dziwhym gwałt. Taki charakter miały wydarzenia roku na pierwszy rzut oka krześle. 1970, podpalania Komitetów, które doprowadziły ' foo S^l^ KIA ft7frlĄ £2JW/v^ do strzelania, do morderstw. Sprzeciw wyrażany kol^m-UJ^U^ . oporem,, biernym oporem jest dużo bliższy filozofii chrześcijańskiej jako forma działania, dialogu. Wspólnota w oporze jest bliższa i realniejsza w naszej tradycji, przy czym, trzeba pamiętać, że ma ona i praktyczne osiągnięcia. Ghandi w ten sposób B^iąynał wygrał niepodległość Indii... UJ. 37 ŚREDNI. Przy drzwiach wyjściowych gospodarz wypuszcza ywśuiy pojedynczo gości. GOSP: Pani w lewo, bardzow proszę. Pan w prawo, za chwilę, pojedynczo. Do drzwi podjeżdża wykładowca, widać teraz, że siedzi na mały®! zgrabnym, inwalidzkim wózku.Dwóch, mężczyzn bierze wózek, jest ciężki. Z tyłu podchodzi Witek. WITEK: Pomogę. Znoszą wózek po schodach wysokiego parteru. Na dole dogania ich Marek. Odciąga Witka na bok. MAREK: Możesz go odwieźć? Na dworzec? WITEK: Mogę... MAREK: Musiyy jezszce wrócić. Witek wyprowadza wózek. Wykładowca ogląda się. WYKŁ: To pan ma mnie odwieźć? WITEK: Tak.

Page 30

SCEMA ^?- ' Poczekalania dworcax w Łodzi. Wn.naturalne. Noc. UJ. 3$. AMERYKAŃSKI. Nastrój nocnej poczekalnie. Pusto, kilka osób śpi wxkąr±ex na ławkach. WITEK: Miesiąc temu nie zdążyłem tu na pociąg. Gdybym wtedy wskoczył, nie siedziałbym teraz z księdzem. WYKŁADoWCA-KSIADZ: Miałeś do mnie mówić po imieniu. Witek uśmi cha siś. Ale życiem nie żądzi przypadek. Przypadek to tylko różne okoliczności, a to co człowiek robi wynika zawsze z jego woli i przez to się określa... WITEK: Tylko, że z tego co mówiłeś wynika, że wystarczy nie zabić, nie ukraść, nie zgwałcić i już się jest zbawionym. KSIADZ:Nie, to nieprawda., Wiara jest cenna przez wątpliwości, przez to.w żeby uwierzyć naprawtfę to trzeba wi o^e zdobyć. Każdy musi. ^4.-gftM gh^iff^)- .rn r-nH^ wziąć krzyż i robić tak, żebyztacWJa-^ było leniej, sprawiedliwiej. Witek milczy. 0 czym myślisz? WITEK: 0 ojcu, czy to robił. •Powolnym krokiem przechodzi mili­ cjant. Witek sztywnieje. Ksiądz uśmiecha się. KSIĄDZ: Nie bój się. WITEK: Mam tu złe doświadczenia. Megafon ogłasza opóźniony pociąg. KSIĄDZ: Ty miałeś wziąć ode mnie pieniądze? WITEK: Nie, jakie? KSIĄDZ: Dla Wolnych Związkowy Zawodowych. Mam zeb­ rane siedem tysięcy. WITEK: Nie miałem. KSIĄDZ: Ten co odprowadzał miał wziąć. Ksiądz wyjmuje kopertę. WITEK: Mogę wziąć. Tylko komu oddać? KSIĄDZ: Tu jest telefon. Odwiedź mnie kiedyś. 2a kilka dni wracam z Krakowa. Kościół Trzech Krzyży. Witek wyprowadza wózek z poczekalni - PaNORAMA. WITEK: Tam będzie ktoś na ciebie czekał? KSIĄDZ: Oczywiście.

Page 31

58 SCENA 1^28 <2.3 90 . Mieszkanie Witka. Wn.naturalne. Dzień. UJ.^3 SREDN~, AMERYKAŃSKI, PEŁNY. JAOA. Naprzeciwko Witka w jego dużym i pustym miesz­ kaniu siedzi starsza kobieta. Na stole leży koperta, którą Witek dostał od księdza. KOBIETA: A jak poświadczyć9 WITEK: Jak to? KOBIETA: Drukujemy listę ofiarodawców. Jaki wpisać pseudonim? Witek jeszcze raz patrzy WITEK: Tu jest napisane "Jan”. na krtkę z telefonem. Myślałem, że to jest imię tego do koro mia­ łem dzwonić. KOBIETA: Tam nie ma Jana. Czyli to jest to. Kobieta zbiera się. WITEK: Może napije się pani herbaty? KOBIETA: Nie, dziękuję, Zabiera kopertę, ale Witek swoim niezdecydowaniem mfe WITEK: Po co są te pieniądze? zatrzymuje ją. KOBIETA: Głównie na poligrafię, na papier i tak . dalej. Czasem pomagamy komuś bez pracy. ' Witek odprowadza ją i jeszcze w drzwiach pyta. WITEK: Ozy nie mógłbym czegoś robić? Ja teraz nie pracuję, dopee ro mam zamiar. KOBIETA: A zna pan kogoś? WITEK: Tego księdza trochę....! Marka takiego szcupłego, z wąsami.. KOBIETA: Może pan popracować przy Harrisie. WITEK: Kto to jest? KOBIETA: Leczy dotykiem, fest Będzie jeden dzień, a przyjdzie przynajmniej 10 tysięcy ludzi. Dużo lu^_ dzi przy tym pracuje, rt01^ f’)^ fręp^fi ^^ Alrlt Kobieta schodzi no schodarh^y^1^C^ 'iMjodiCW-- Witek patrzy za nią. Otwieraj się sąsiednie drzwi, wygląda ciotka^ f CIOTKA: Kto był u ciebie? /WITEK: Taka pani... CIOTKA: Skądś ją znam. Nie wiesz jak się nazywa? WITEK: Nie wiem, ciociu.

Page 32

39. Ciotka patrzy jeszcze na dół zamyślony. Witek raca do pokoju i wygląda przez okno. Widzi przechodzącą przez podwórze kobietę i wyraźnie za nią idącego młodego człowieka. Najbałkw-iewtoki^taiYEi-pirtca PANORAMA - na CIOTKA:/off/ Witek! balkonie obok jego o na stoi ciotka. CIOTKA: Co ty masz zamiar robić? 7-0 . SCENA 29 Wnętrze. Świetlica w podziemiu kościoła. Dzień. Noc. UJ. 39 ŚREDNI, J AZOA. /^Ż^/ Dookła stołu siedzi kilku chłopców i dziewcząt. Chłopak gilotyną do cięcia blachy tnie zielony bristol na małe kartoniki. Inni rozkładają je na pojedyncze karto­ niki, inni stemplują prymitywnie zro­ bionymi pieczęciami. Wśród nich Witek. M UJ.-w AMERYKAŃSKI Kolejka ludzi do p stołu na którym porozkładane są przygotowane są przepustki. Dziewczyna odbiera od ludzi zaświadczenia lekarskiej , czyta chorobę i mówi angielskie słowo, oznaczające miejsce choroby. Nie może odczytać drugiego zaświadczenia. WITEK:P okaż, jestem, po rast czterech latch medycyny. .. Odczytuje zaświadczenie,±x±ts widzi łacińską nazwę raka. Patrzy na kobietę, to jest prosta, zwykła kobieta. Nachyla się do dziewczyny tłuma­ WITEK: Rak piersi. czącej na angielski. Mówi cicho. Dziewczyna dyktuje. DZIEWCZYNA: Breastf Ktoś następny wpisuje nazwisko z 'dowodu , T, ft^4nui£- osobistego. Kolejny chłopak d»»&e#e prze­ pustkę. Następna jest młoda dziewczyna. CHŁOPAK: Numer 5214. Na godzinę 15, punktu alnie. DZIEWCZYNA: Ale chory będzie na noszach. CHŁO AK: To na którą będzie pani wygodnie? DZIEWCZYNA: Na 10 rano najlepiej. Witek przypatruje się dziewczynie. UJ. "4J. ŚREDNI. /noc/ W pokoju siedzi kilkunastu młodych lu -

Page 33

40. dzi. Chłopak, który wydawał przepustki mówi. CHŁOPAK: Joasia, Jacek Zen, i Wróbel będą odbierać okrycia. Felek, Łukasz podprowadzają i przejmu­ je Anka i ja. Witek odprowadza razem z ze Staszkiem i w razie czego wpuszczają bez kolejki nosze.± Płaszcze leżą już no ‘ drugiej stronie, bliźniaczki wydają. Wszyscy pracujący ii tutaj i w kościele dos- tają po dwie przepustki dla rodzin. Możecie _______--- —-----—-—” SCENA 30 - '"'wpisać nazwisko sami. ^ Mieszkanie Witka. Wn. naturalne Dzień. UJ. ^ BLISKI. Ciotka kręci przecząco głową. CIOTKA: Przecież wiesz, że ja nie wierzę w takie rzeczy. WITEK: To jest bardzo trudno dostać. Myślałem, że ciocia spróbuje... CIOTKA: Nie. WITEK: Gdyby to było pół roku wcześniej... CIOTKA: Ojciec by nt®vwKżytx się też nie zgo- SCENA 21 $0 Korytarz szpitala. w- wsw Lekarka patrzy na przepustki. KATARZYNA Wn.naturalne. Dzień. KRYSTYN KATARZYNA: Ale komu mam dać? Mamy tu kilkudzie­ sięciu, którym nie możemy pomóc. WITEK: Tym, którzy wierzą, że im to pomoże. KATARZYNA: Ba.. Katarzyna kręci głową. WITEK: Kasiu, wiesz co mi ciotka powiedziała? Że ojciec też by nie poszedł. Odwraca głowę w bok i chwilę milczy, Może przełyka łzę. KATARZYNA: Poszedłby. SCSNA 3? Kościół. Wn.naturalne. Dzień.

Page 34

41- ŚREDNI, £ UJ. 1A^ 45 Harris dotyka głowy człowieka i tego człowieka lekko odurzonego przejmuje Witek. Prowadzi go kilka kroków do szatni. Widać wielką kolejkę i wzorowy porządek tej kolejki. Następnaxx jest kobieta na noszach. Harris dotyka jej piersi. Kobieta wzdycha. Wirek odprowadza niosących nosze , wynoszą kobietę. Widać stojące przed kościołem karetki pogotowia /wyprowadza innymi drzwiami/ UJ. 46 ŚREDNI Harris dotyka głswy nóg człowieka, którego podtrzymuje chłopak. Chwilę trwa nisko pochylony. Człowiek podtrzymywany przez chłonaka odchodzi, Witek chce ich odprowadzić ale mężczyzna kieruje się do ołtarza. Tam klęka i pogrąża się w modlitwie. Witek nie wie co ze sobą zrobić. Tamten ma twarz ypyiw&ffafy* w modlitwie. Potem podnosi się przy pomocy chłopca i lekko odpycha go ręką. Robi sam kilka kroków widoczny wyraźnie w otwartych drzwiach kościoła. SCENA 33 Jo Pokój księdza. Wn.naturalne. 'Dzień. BLISKI Przez jeżdżącego na pierwszym planie księdza, który "spaceruje" po swoim pokoju widzimy Witka. P^kój jest schludny, xvnjaxty±kux ale nie żadna cela. Może WITEK: Obciąłbym się ochrzcić. magnetofon etc. KSIĄDZ: Po co? Czemu akurat teraz? WITEK: Chcę się określić, żeby było jas­ ne. Widziłame tylu ludzi, którym to daje pewność i spokój, choćby ciebie.... KSIĄDZ: Do tego potrzebna jest wiara. WITEK: Chyba mam coś takiego w środku, bo wiem co robić. S±Kvx$ai!frzMxvsiręwaxbt®rwwEy Nie chcę byc bierny, chcę mówić , że się nie zgadzam, głośno.

Page 35

42 • s^ KSIĄDZ: Powinienieś zapisać się do Partii. Witek uśmiecha się. WITEK: Ale ja chcą wiedzieć po co to wszystko. Tam mi nie nowiedzą. KSIĄDZ: Modlisz się? WITEK: Nie. KSIĄDZ: Spróbuj któregoś dnia. SCENA 34 /^ Przed chatą w Bieszczadach. Plener. Dzień. 2 M’^^ $ . UJ.48 PEŁNY,ŚREDNI.JAZDA. Prx® Witek z plecakiem /walizką?/ nadchodzi drogą przed zbudowaną byle jak kkałuw chatę wysoko w Bieszczadach. Zarośnięci chłop­ cy stawiali szopę. Witek podszedł do nich, WITEK: Mam to oddać Konradowi. przywitał się. CHŁOPAK: Ja. Jedn z nich wysunął się. Rozpakowali plecack /walizkę/. Wyjęli stamtąd druki i p±®®mkax książki. Patrzyli, poczytywali. Witek rozglądał się. CHŁOPAK: Nigdy tu nie byłeś. WITEK: Nie. CHŁOPAK: Kie dy masz pociąg? WITEK: Autobus. Wieczorem. UJ.49 - ŚREDNI. Na prymitywnym stole jedli przed chwilą obiad. Teraz palą, odpoczywają. WITEK: Kto wam rozwala? Kręcą się jakieś dzieci. CHŁOPAK: Jak to? Milicja. Nie mamy zatwier­ dzonych planów, zezwoleń na budowę. Ale gdzie mamy mieszkać? Jeszcze teraz, ale w zimie? WITEK: A ziemia? CHŁOPAK: Dzierżawimy, odstawiamy wełnę, mleko. Jes­ teśmy w porządku. Jak rozwalają domy, budujemy nowe, “amy swoje kłopoty, ale nie mamy waszych. WITEK: Lepiej tak jest? CHŁOPAK: Pewnie. Mogę głośno krzyczeć. Mam was w dupie, skurwysyny! Krzyczy na cały głos. Echo odbija, potem, jest cisza. Widzisz, nikt nie słyszy. UJ.50 ŚREDNI /zmierzch/ Witek że,gna się ze wszystkimi. &1OS Konrad odprowadza go kawałekx - JAZDA. Podają sobie ręce. CHŁOPAK: Może przyjedziesz na dłużej?

Page 36

43. WITEK: Nie, ja chcę słysraw® żeby było słychać jak krzyczę. Cześć. Dobrze tu macie. "^ SCENA 35 ’ •~' '■ ~ .—— * - - 1 *■"*■ ’l*X,,-^,*^~^?r-^^^ WO Drukarnia. Wn.naturalne. Noc. UJ. 54 AMERYKAŃSKI. JAZDA. Na rozłożonych w nieużywanym garażu /piwnicy/ matrycach chłopcy drukują pisma podobne do tych, które Witek woził w Bieszczady. Jest ich, razem z Witkiem trzech. Idzie to składnie. Słychać daleki dzwonek do drzwi. Chłopcy przerywają pracę. Witek po wewnętrznych schodach wchodzi na korytarz domu, w którym mieści się piwnica /garaż/. Otwiera drzwi, wycierając przed tym ręce. MAREK: Macie coś do zabrania? W drzwiach stoi Marek. WITEK: Mamy, ze sto sztuk. Schodzą na dół. Marek wyjmuje z kieszeni inne złożone pisemko. "Puls". Witek przegląda pisemko. MAREK: Znów nam przybyła konkurencja. WITEK: W porządku. Lepszy papier. MAREK: Ale tylko połowcu naszego nakładu.

Page 37

Witek zobaczył, że Marek patrzy niespokojnie na jednego z chłopców. WITEK: Nie znaeiesi się? MAREK: N.e...,. WITEK: To syn mojego dziekanaxx®xgxdxix z Akademii Medycznej. Dogadaliśmy się, dlaczego mi dał urlop, choć JiirtnjHw^sjg żadko da je, Pokazał głową ha syna dziekana. On tego dnia przywiózł z Francji całą waliz­ kę Kultury Paryskiej. Celnik nie zauważył, bo rekwirował jakimś filmowcom skóry węży, wra­ Roześmieli się. cali z Indii. Gdyby go złapali, ojciec nie był ty w dobrym humorze!

Page 38

Kosciął. Wn.naturalne. Dzień. UJ. £2-PEŁNY, SiiW$x ŚREDNI. ■ W pustym kościele ksiądz chrzci najpierw niemowlę na ręku matki, potem stojącego samotnie Witka. Za nim rodzice chrześni: Marek i kobieta, której dawał kiedyś pieniądze od księdza. Starszy ksiądz wypowiada niezbędne formuły. UJ. -55 BLISKI. Witek klęczy przed ołtarzem i szeptem wymawia słowa własnej, prywatnej modlitwye WITEK: Teraz, kiedy już jest no formal­ nościach pozwól mi zrozumieć po co wstaję ra­ no i daj mi jakiś znak, że to co robię jest potrzebne komuś więcej niż tylko mnie, żebym wiedział i miał pewność, żebym nie musiał prze­ klinać ludzi, którzy są przeciw tym chłopcom z Bieszczad, przeciw mnie, Markowi...

Page 39

Wycierający z kuńzu blat barierki przed ołtarzem przy którym klęczy Witek kościel­ ny zbliżył się do Witka. KOŚCIELNY: Przepraszam. Wyciera blat przed Witkiem, Witek patrzy nieprzytomnym spojrzeniem, jeszcze w swojej modlitwie. Tamten odchodzi, Witek już nie może się skupić. SCENA S7 0,4X7 . Duże Mieszkaniec Witka. Wn.naturalne. Nocf ^'r' UJ. 54 ŚREDNI. Jacek Kasprzyk /albo Kleyff/ śpiewa, niepublikowaną n^dy piosenkę, /dokumentacja/ PANORAMA - po siedzących, stojących,kucających słuchaczach. Wśród nich Witek już teraz wyraźnie wśród swoich, dobrze się czujący. nzńjżuyy Śpiewający kończy piosenkę i ogłasza, że dysponuje kasetami z nagraniem całego wieczoru, które można kupić przy wyjściu. UJ.55 ŚREDNI. Przy wyjściu, tak jak i poprzednio, tylko teraz Witek wypuszcza po kolei zebranych. Wychodzi starszy mężczyzna. WITEK: Pan w prawo zaraz po wyjściu. Jest takie przejście bramą. MĘŻCZYZNA: Można kasetę? WITEK: Ostatnia. Mężczyzna bierze kasetę i zostawia na kuchennym talerzu pełnym pieniędzy swoje dwieście złotych. Stojący obok Kasprzyk KASPRZYK: Tam jest opis. Mój adres, /Kleyff/ uzupełnia. Śmieje się. jak­ by pan chciał inne, i Copyright. Przepisy- wynie wzbronione. Wychodzi kobieta z córką. WITEK: Pani w lewo. Od razu na ulicę. Prezchodzi młody, ciemnowłosy chłopak. WTTEK: Pan prosto. Chłopak idzie do drzwi, Witek patrzy za nim jakby sobie coś przy­ pomniał. Mówi cicho. WITEK: Daniel. Chłopak staje i odwraca się. WTTEK: Witek. z P^.f Byliśmy na kolon i iw 68 roku wTTa^^ Tamten nie poznaje. Daniel uśmiecha się. Musisz wyjść? DANIEL: Nie. Mijają, go inni wychodzący, a on wraca

Page 40

45. w głąb pokoju, UJ. 56 AMERYKAŃSKI.JAZDA. W pustym już zupełnie mieszkaniu Witek wita się z Danielem. Obok stoi ciemna dziewczyna. DANIEL: Moja siostra, fenka Wera. WERKA: Werka. Patrzą na siebie. Werkę już WATEK: Witek, znamy, to żona Buzka z poprzedniego WITEK: Zostanienie? wątku Witka. DANIEL: Możemy. Przyjechałem k.na kilka dni z mojej Danii. Matka umarła. Odzywa się dzwonek do drzwi. WITEK: rwxmwbavxi.Hx Wyrzucisz popielnicz-* ki? Sam idzie do drzwi. Patrzy przez Judasza. Otwiera. Za drzwiami stoi ciotka, ubrana starannie mimo późnej pory. Wchodzi, ale widzący, że są jeszcze ludzie zostaje w korytarzu, zamyka, tylko CIOTKA: J?-xi?łixj®W€ZffxV3n?y0tissxTOŚxi;KkiE- drzwi wyjściowe . ±xMwixK±Ekisx gn?vxawixdi3miyxwivdw. To moje mieszkanie. Jeżeli jeszcze raz zrobicie coś takiego zawia­ * domię władze. Witek chce coś odpowiedzieć, aleWITEK ciotka wychodzi bez słowa z mieszkania. Witek wraca do pokoju. Widoi Śmieje się. WITEK: Ciotka. Chce wezwać milicję. DANIEL: Czemu? WITEK: Przedwojenna komunistka. Mieszkała tu kiedyś w całjm mieszkaniu z mężem, był wojewodą łódzkim. Jak się przeprowadziliś­ my z ojcem zamurowali z P. znania, zamurowaWerka ustawia krzesełka, roz- liśmy tą ścianę. suwa fotele. Mieszkanie znów zaczyna wyglądać jak mieszkanie a nie sala zebrań. DANIEL: Wezwie? WITEK: Skąd, jest dobra. Myśli tylko, że ro­ bię to przeciw niej^ ^ itą-( N»'hr< oo fwi’e na Itź/o# 1 d)&k 3e54 p&lc z „ ^^^ UJ. UŚREDNI, , siedzą Późno w nocy teżą we trójkę na obszernym tapczanie. Daniel obejumje swoją siostrę. DANIEL: Ona się rozwiodła z ojcem jeszcze przed naszym wyjazdem. Mieszka­ ła sama i dopiero jak sąsiedzi zobaczyli kil­ ka butelek mleka pod jej drzwiami, okazało się, że umarła.

Page 41

46. 3^ WITEK: To straszne. A twój ojciec? Widziałem pro tylko -przez chwilę... _ , yuj^sTkRE DANIEL: Buduje w Danii autostrady, mamy dÓM On ■ się przyzwyczaił a ja nie mogę. Ciągle mi się wyda- ie, że jestem gdzieś daleko, /no duńsku/ "Jestem szczęśliwy, w tym ma^ym szczęśliwym kraju". WITEK: Co to znaczy? DANIEL: Jestem szczęśliwy w tym małym, szczęśli­ wym kraju. Po duńsku. Witek patrzy na Werkę i ona niego, prawie cały czas tej rozmowy. WITEK: Czemu nie najechałaś z nimi? DANIELS Zakochała się w mechaniku samoloDabiel uśmiecha się. towym. WITEK: Werka też się uśmiecha. Pamiętasz Czerwonką? Bił konia rano i wieczorem..przepraszam. WERKA: Nie szkodzi. WITEK: Kiedyś mnie namówiłeś, żebym zobaczył czy myje po tym ręce, nie umył i przy śniada­ niu powiedziałem: Nie umyłeś nawet rąk po tym ko­ niu. A on polizał palce. DANIEL: Kochałeś się w pani Mn Marii^ Musiała mieć wtedy tyle lat co my teraz, “fh Hl^ WITEK: Kochałem.Pr zeszło mi jak whjreajrłray po- dejżałem, że chodzi do niej kierownik, pili wódkę. Kłócili się, musiało być coś na twój temat, bo krzyknął: Co cię obchodzi jakiś mały Żydek. DANIEL: Nie obciąłem wyjeżdżać i powiedziałem jej to. y£wi?? BLISKIPrzykryci kocem spali we trójkę na tapczanie. Witka obudził cichy płacz. Podniósł się - PANORAMA wir&vt nis wiFn^pt M"© Danie l miał głowę wtuloną w ramię siostry i tfefe^^. płakał przez sen. Leżeli po drugiej stronie tapczanu. Werka spojrzała nagle na Witka dłuylmy trzeźwym, długim spojrzeniem^ - to nsaSMes:^±SS31 płakał Daniel. 2s . Dworzec w Łodzi. UJ. 5-9. ŚREDNI Plener. Dzżeń. Dzień.

Page 42

47. W Witek podał Danielowi wielką wypchaną walizkę przez okno pociągu /elegancka, skórzana/. Daniel odszedł z nią w głąb wagodnu, a wtedy Witek spy­ tał wychylonej Werki. WITEK: Przyjedziesz do Łodzi? WERKA: Równo za miesiąc. WITEK: Chciałbym jakoś.... WERKA: Poszukaj mnie. W tym momencie nadszedł Daniel. Wychylił się i długo trzymał rękę Witka w swojej żegnając się jakby na zawsze. SCENA 39 ^$ £w®±agx Wnętrze pociągu. Wn.naturalne. Noc. UJ. M BLISKI,ŚREDNI. Witek snął wtulony w swój płaszcz. Pociąg równo­ miernie stukotał. Nagle rozległ sie ostry zgrzyt. Witek poleciał na kamerę, pociąg gwałtownie hamował. Stanął. Witek otworzył okno, był sam w przedziale. Nic nie było widać ani słychać. Drzwi do przedziału otworzyły się i wszedł kon­ duktor z jeszcze jednym w ortalionowej kurtce. KQnduktor sż® spojrzał na hamulec. Plomba była zer­ KONDUKTOR: Pan zatrzymał pociąg? WITEK: Nie, spałem... wana. Witek zdziwił się. KONDUKTOR: Plomba zerwana. Witek spojrzał, była rzeczywiście zerwana. WITEK: Sam tu byłem. ORTALION: Pan pozwoli dowód. To pański bagaż? Witek wvjął dowod. Tamten zerknął^ Witek spojrzał w górę. Na półce stał ten sam plecak /walizka/, z którym jeździł w Bieszczady, podobnie wypchany. ) WITEK: Tak... ORTALION: Zabiedzę pan to i pozwoli z fanami. Witek zdjął z góry plecak /walizkę/ i wysuli z przedziału. SCENA 40 ^O Drukarnia. Wn.naturalne UJ. 61 AMERYKAŃSKI Witek otworzył drzwi domu w którym mieściła sie Dzień.

Page 43

48. drukarnia. ^ Schował do kieszeni klucz zdziwiony ciszą. Po ciemnku zszedł po wewnętrznych scho­ dach. Zapalił światło. Na krześle, na śrdoku piwnicy /garażu/ siedział Marek. Matryce były porczwalane, z szafy wywalony papier, cały w wylanej na podłodze far­ bie drukarskiej. Witkę spojrzał n Marka. MAREK: Dawaj klucz. Witek podszedł i chciał mu dać klu ale nagle zrozumiał. WITEK: Co? MAREK: Weszli w czasie druku. Zabrali obu chłopaków. WITEK: Kurwa mać... Witek rozumie, że nie może MAREK: Miałeś być tu z nimi. się tłumaczyć, że nie mógł. Daj klucz. Oddaje klucz. I wypieprzaj. Witek wychodzi. SCENĄ W . Pokój księdza. Wn.naturalne. Dzień. UJ.<2 BLISKI. Widzimy Witka przez jak zwykle”spacerują- cegtt”księdza. Witek krzyczy. WITEK: No pewno, że nie! KSIĄDZ: To czekaj. Minie jakiś czas, wyjaśni się, że nie ty. WITEK: Ale ja nie mogę tak żyć! KSIĄDZ: Pomódl się, żebyś nie znienawidził ludzi, którzy cię oskarżyli. I pamiętaj cały czas, że to $^irxOTyawx3T2nrjax nie jest legal­ na organizacja, tvtvx odpowiedzialność jest podwójna, podejżenie niełatwo oddalić. Pojedziesz z nami do Francji, tam wszyscy bę- dzimy myśleli o Bogu. Uspokoisz się. Witek mówi cicho, właściwiej do siebie. WITEK: Nie mogę być spokojny, * /wariant: cicha modlitwa Witka, tak jak w scenie 36/ SCENA 42 Biur© paszportowe. 'bO Wn.naturalne . UJ.63. ŚREDNI Młody urzędnik biura trzyma w ręku paszport. Dzień.

Page 44

49. URZĘDNIK: Pan ma promessę wizy? Witek trzyma w ręku jakieś WITEK: Mam. I rezerwację "biletu, papiery. URZĘDNIK: A co to jest? WITEK: W Taize, między Paryżem a Marsylia. Organizacja młodzieży katolickięg "Sobór Młodych". Taki zlot z całego świata. URZĘDNIK: Mam tu pana paszport. Ale to nie jest prosta sprawa. Pan ma tutaj różne kontakty, był pan zatrzymany z nielegalną literaturą, robił pan w domu różne zebrania. WITEK: pożyczałem mieszkanie. URZĘDNIK: Wszystko jedno. Nie chodzi nam o to, żeby pan zdradzał udzielał nam jakichś informacji ó isi PANORAMA - zostaje sam Witek. swoich przyjaciołach, bo i tak je mamy. Ale we Francji napewno będą kakieś kontakty. Żebyśmy wiedzieli z kim się tam kontaktujecie. Dostanie pan telefon i poda tyl­ ko nazwiska, możemy się nawet umówić, że tylko Francu­ zów. WITEK: I wtedy co? Jeśli bym się zgodził? URZĘDNIK: /off/: Wtedy dostanie pan paszport. SCENA 43 €O . Teatr /Stary w Krakowie/ Wn.naturalne. Noc. UJ. 64 -WXAi amerykański^. Dopiero po chwili rozpoznajemy, że wiedzimy przedstawienie teatralne. Scena sądu z przedsta­ wienia "Snu o Bezgrzesznej" na środku sceny. Krzyżanowski KRZYŻANOWSKI: Lud krakowski do buntu nie jest skory, ale twrzy sobie zamknąć nie da, Zabity robotnik na Rynku nie swój chciał pod­ palić dom! /itd. cytat z pamięci/ UJ.-& AMERYKAŃSKI Sałvnyx Polony, Krzyżanowska, Stuhr, Olszewska pokazują swoje pamiątki rodzinne. Stare druki, insygnia powstańczej itd. Mówią o tradycji swoich domów. UJ. ^AMERYKAŃSKI W scenie "cela" bity przez carskiego żołnierza buntownik. BUNTOWNIK: Wardzawa tańczy i bawi się! Odzie myśl o wolności,o niepodległości, gdzie _____ —-— -------------- -—-—-____ /etc. cytat z pamięci/

Page 45

50. L-. SCENA 44 ----------- Przed teatrem. 5® Noc. Plener. UJ. ^7 ŚREDNI.JAZDA. Wśród wychodzących z teatru ludzi widzimy Witka z Werką. W tle duży napis nad ulicą "Występy Teatru Starego z Krakowa". Idą milcząc, coraz mniej ludzi dookoła nich. WERKA: Masz wspaniała historię. WITEK: Kto? WERKA: Ty, wy wszyscy. WITEK: Czemu ja? WERKA: Co robił twój dziadek, ojciec, uradzi a dek? WITEK: Pradziadek jeden był w powstaniu 65 roku i drugi też. dziadek z Piłsudskim w cudzie nad Wisłą. Ojciec pod Poznaniem z gen. Kutrzebą, rotem w wypadkach poznańskich w 56 roku, a umarł w łóżku trzy lata temu. WERKA: Jak moja matka zmarła to nikt nie zauważył. Pradziadek zbudował farbrykę tu w Łodzi, a dziadko­ wie zginęli na majdanku i z ich w^ów Niemcy zrobili skarpety dla załogi łodzi podwodnej. Nie mogę się przejąć tym co tam krzyczeli na scenie. Myślę o swoich. Witek pocałował ją w rękę. Byli na rogu. Zatrzymali się. WITEK: Jesteśmy niedaleko domu, a za godzinę masz pociąg.Chcesz żebym cię odprowadził', ozy zacze­ kasz u mnie? Werka spojrzała na niego. WERKA: Nie muszę ^mnhnńy dziś jechać. Pójdę do ciebie. SCENA 4^ Mieszkanie Witka. UJ. Wn.naturalne. fex Świt. BLISKI. Werka siedziała otulona w koc z papierosem w ustach. Witek leżał przytulony do jej piersi.Trzymała mu rękę na głowie. WERKA: Nigdy nie zrozumiesz, co to znaczy być obcym. Ja jestem obca tu, nawet w domu. Daniel jest obcy"w Danii, tęski do Polski, gdzie też był zasze obcy.

Page 46

51 . ^ A obcość to jest poczucie niebezpieczeń­ stwa, cały czas. Czułeś kiedyś niebez­ pieczeństwo, ale nie strach tylko niebez­ pieczeństwo? WITEK: Jak ojciec umierał, przez ostatnie kilka miesięcy. Wiedziałem, że mi coś chce powiedzieć, był bardzo zamknięty i czekał na ostatnią chwilę, Npe mogłem być stale w domu i dzwoniłem co < chwila z automatu, żeby zobaczyć czy jeszcze jest. Odzywał się - halo - a ja nie mogłem przecież stale pytać jak się czuje i odkładałem słuchawkę. Wiedział, że to ja, i wiedział dla­ czego dzwonię... WERKA: Potem zrezygnowałeś ze studiów? WITEK: Tak, chciał żebym był lekarzem. Coraz bar­ dziej nie chciałem być lekarza...im dalej w stu­ dia. Po zekrąaEbr^włirKip^zr ćwiczeniach gi­ nekologii rozmawiali tylko o tym jaki® były uwłosione badane kobiety. Po sekcji jedna dziewczyna miała taki dziwy wyraz twarzy, krojono Harow^isik jej nauczycielkę, nienawi­ dziła jej i potem powiedziała, że wyobrażała^ so­ bie, że sama ją kroi. Chce ci się spać? WERKA: Nie. WITEK: Pokażę ci coś, wstaniemy? SCENA 4 6 ^ . Polana w parku na skraju miasta. Plener. Świt. UJ. ^AMERYKAŃSKI. Witek z Werką na polanie, którą kiedyś konał, żeby później zasadzić tam bratkowego orła. Witek wykopał kilka dołków i teraz próbuje nakłuć miękką ziemię znalezionym drutem. Nie ma, śladu po orle. Werka zaciera zmarznięte ręce, WITEK: Chyba nie ma. WERKA: Co mi chciałeś pokazać? WITEK: ^araz. Szuka jeszcze. Trzy lata temu kopałem tu ziemię, Kole­ gium mnie skazało. Znaleźliśmy butelkę , w środku kartkę. Chciałem ci pokazać bo było tam oT nr zv ś zło s o i i o tvm co z tego wyszło. Ale nie ma. \

Page 47

5?. Odkłada drut, przytula się do Werki. ułEKŁU^’. WERKA: Miałeś nojechać do Francji WITEK: Nie dali mi paszportu, nie no jadę. ,t”»Urt Hufce f ha^cuSIai n ^hobj^h , ■ • „ . , _ ptK^wSZM faz *V th^Mł ^ W o<^tuecd£ TE s«heboTh .. . ^^:..Zostanę z tobą jeczez dzisiaj, ale jutro muszę wracać. /I ^ SCENA 4# Plener. Dworzec w Łodzi. Zmierzch BLISKI Werka przecisnęła się między ludźmi w zatłoczonym wagonie i stanęła przy oknie. Pwró4xta^avKwśyxwsw Chciała otworzyć, okno nie poddawało się. Była blisko szyby, oddech dawał na szybie lekką mgłę. Powiedziała coś, może to było "kocham cię", a może co innego bo przez zamkniętą szybę i tak nie było słychać, a ludziach nie chciała krzyczeć. przy Pociąg ruszył. UJ. 70^ BUSKI. Witek też coś powiedział, też zvdwśrh krńtkvrb^vłńw dwa krótkie słowa, ale w gwarze dworca nie było tego słychać, zwłaszcza, że też mówił szeptem. _____________ Patrzjrł za odjeżdżającym pociągiem. Cq SCENA 4% Dworzec Centralny. Noc. Wn. naturalne i plener. UJ. -74 ŚREDNI. JAZDA. Werka wjechała ruchomymi schodami, u szczytu czekał na nią Buzek, miał dziwny wyraz \ twarzy, błyszczały mu oczy. Stanęli naprzeciw siebie./' Poszli korytazrem i wyszli prosto na , , , c-- *—’ czekam. WERKA: Dzwoniłam... .' \ , BUZEK: Trzeci, dzień SpOWI X^w«£ o^^owu?. T^iiw , i£ oi€ m/c nostoj taksówek. Buzek przysunął do / —--- _---- M • _____ ___ _______ ____ niej twarz, / BUZEK: Wwmyvkin3v±w^r^iitv0TnCT Oiciec / yet ^ięoiy^, / Wtf&i'?*^^ Wiem kto mu to zrobił. / WERKA: O Boże. I co? Buzek roześmiał się złym śmiechem./ BUZEK: Ukażę go i to mocno. Werka popatrzyła na ten śmiech. / WERKA: Ja nie załatwiałam nic z mieszka-

Page 48

53. l^ BUZEK: A co? WERKA: Zdradziłam cię. P djechała taksówka. Buzek patrzał przez chwilę na Werkę nienawistnym spojrzeniem, potem wepchną,! ją do taksówki. BUZEK : Je^ź do domu. Sam wsiadł do następnej, kiedy taksówka Werki odjechała. Powiedział do kierowany,® Odjechali. SCENA 4^ BUZEK: Do Miodowej. Szpital dla narkomanów. _______________ __________ _____________ _____ ________ $° ‘ Wn. n at ur a In e. Mieszkanie Witka. NOc. UJ Marek siedział naprzeciw Witka przy stole. Na stole stała Butelka wina. MAREK: Przyniosłem, żeby cię przeprosić. Twxn±wxby^a Z drukarnia była wsypa aż z War szawy, tam przymknęli jakichś harcerzy i wszystko poszło w dół. Chłopców już puścili. Napijesz się? Witek odkorkował butelkę i WITEK: Naniję. nalał no trochu do szklanek. MAREK: Wrócisz? Odbudowujemy wszystko. WITEK: Nie wiem. Byłem wczoraj rano w parku, tam gdzieśmy się poznali przy orle. Orła nie ma. MAREK: Wiem. WITEK: Nie znalazłem butelki. Chciałem pokazać jednej dziewczynie. Musieli wyjąć. / MAREK: Ja wyjąłem. N^e dawała mi spokoju./ ? Słychać metodyczne pukanie w ścianę. WITEK: Ciotka mnie woła. Poczekaj. Wychodzi z mieszkania i wcho­ dzi do ciotki. Pierwszy raz widzimy teraz mieszkanie ciotki. Pełno tam zdjęć rewolucjonistów, może nawet zrobiony jest mały ołtarzyk. CIOTKA: To żydówka była u ciebie te Gra radio, słychać jakieś kilka dni? trzaski. WITEK: Tak, ciociu. CIOTKA: £xi® Wielu było wiekich komunistów. WITEK: Wiem,ciociu. Czego ciocia słucha? CIOTKA: Wolnej Europy. Mówią, że Lublinie i w

Page 49

54. Świdniku zaczęły się strajki. Przytula się do niego. Dobrze, że nie -Buwrh wyjechałeś z Pol­ ski właśnie teraz. SCENA ^ ^c9 , Dworzec w Ł^dzi. Plener. Dzień pochmurny. UJ. 73- AMERYKAŃSKI,ŚREDNI.PANORAMY,JAZDA. Od strony miasta z torbą w ręku nadbiega Witek. Spieszy się. P trąca stojąca obok wejścia kobietę liczącą pieniądze. Pieniądze rozsypują się. Witek biegnie dalej - zostajemy na twarzy pijaczka, patrzy za toczącą się dwudziestozłotówką. W tle Witkę przepy­ cha się.do kasy. Pijaczek znajduje dwudziestozłotówkę podchodzi do kiosku, bierze piwo, odchodzi o krok i nrzechylą kufel do bardzo spragnionych warg izkżedy . Nadbiegający Witek żeby go ominąć traci rytm biegu. Znów rusza - JAZDA - goni odjeżdżający widocznie pociąg. Biegnie najszybciej jak może, ale widoczna w kadrze raczka wagonu oddala się od niego, wreszcie Wi­ tek zatrzymuje 'się ciężko dysząc. Kie y wytraca szybkość zwalniamy ruch aż do prawie całkowitego zatrzymania. Potem znów, kiedy wysapał się skulony wpół, wracamy do normalnego ruchu, powolnym krokiem wraca do miasta. Tuż przed wyjściem, gdzie przedtem potrącił kobietę liczącą pieniądze zatrzymuje się. UJ . iu AMERYKAŃSKI. Sai Przed wejściem stoi Olga. UJ. -^AMERYKAŃSKI. Witek podchodzi do niej. ■ OLGA: Zadzwoniłam do ciebie. Ciotka ■ UJ. 76'-ŚREDNI. Olga. WITEK: Skąd się wzięłaś? powiedziała, że wyjeżdżasz. Chciałam cię odprowadzić. WITEK/off/: Nie zdążyłem. 7 ętux^ wC^swie^ .. CO^hA1 ^^6

Page 50

55. Mg OLGA: Szukałam cię po pogrzebie. Odróciła wzrok. SCENA ?4 Mieszkanie 'Witka. Wn. naturalne Dzień, ^*€01x512 UJ. ^BLISKI Olga leżała na Witku, głowa nad głową. WITEK: Nigdy nie rozmawialiśmy. OLG-A: Nie potrzebowałeś tego. Nie chciałeś I pierwszy raz jesteśmy u ciebie. I pierwszy raz całą noc. WITEK: Przedtem nie mogłem. Był ojciec. OLG-A: Ja nie musiałam. Wystarczało mi tak, jak było. Nawet jak nie patrzyłaś na mnie przez tydzień czy dwa. WITEK: Ty też nie patrzyłaś. OLGA: Bałam się za często patrzeć. Bałam się, za każdym razem jak pisałam ci na tablicy czy na kartce godzinę, że nie przyjdziesz. A mieszkanie od Anki miałam zawsze tylko na godzinę, dwie. Pojedziesz do Warszawy? ^ WITEK: Dzisiaj? Nie. OLGA: A w ogóle? WITEK: Nie wiem Obciąłem pojechać do wj brata matki, nigdy go nie widziałem i zacząć jakoś inaczej.To było kilka sekund wolności, kiedy się zdecydowałem i kiedy biegłem do tego pocią- PANORAMA - widzimy to duże i dość puste miesz- gu. .. kanie dwu samotnych mężczyzn. Ubranie Witka jest porozrzucane, Oli starannie złożone. Na sisig pustym stole bez serwety stoi butelka mleka. WITEK/off/: Skąd jest mleko? OLGA: Wstałam rano i przyniosłam. UJ. -78 - BLISKI Olga, kuca teraz przy łóżku. ®LGAx WITEK: Nie słyszałem. OLGA: Pośnij jeszcze. Pójdę.na akademię, są ćwiczenia z interny. WITEK: Przyjdziesz potem? OLGA: Nie wiem WITEK: Przyjdź. ^hAJ^^^^^T^^^?^-

Page 51

56. J swaw™ M v®wakni en tttka yji^^Olga z Wtkiem siedzą przy stoles nakrytym obru­ sem. Stoi waza z zupa- Witek przygląda się, jak Olga x® nalewa zupy, a potem zakłada kosmyk włosów za ucho. OLGA: Nie chcesz wiedzieć, co było na Akademii? WITEK: N.e. Witek nie myśli o akademii. DOJAZD - intensywnie patrzy na Olgę. UJ. J9-BLISKI. Olga czuje na sobie ten wzrok. Jeszcze raz nora- wia kosmyk włosów. Podnosi wzrok. OLGA: Może zanieść coś do jedzenia ciotce’ / WITEK 7V^ze cięż jej nie znasz. OLGA: To nic. Napewno nic sobie nie ugo towała. WITEK: Zaniosę. Przechodzi obok Olgi biorąc ze stołu wazę. JAZDA - prowadzimy go przez korytarz do drzwi, wychodzi na klatkę schodową, dzwoni do ciotki. Ta otwiera drzwi. WITEK: Ugotowaliśmy zupę. Może ciocia z je. CIOTKA: Kto? WITEK: Z koleżanka ze studiów. Ciotka odbiera od niego wazę. Korytarz Akademii. Wn. naturalne. Dzień. UJ. -W-SREDNI, JAZDA. Póki kilka stopni w górę biegł dziekan, 40-letni mężczyzna w białej, lekarskiej marynarce. Witek zatrzymał go u szczytu schodów. WITEK: Panie dziekanie... Dziekan zwolnił bieg i od razu DZIEKAN: Tak? WITEK: Pan mi nodpisał urlop dziekański, zainteresował się Witkiem. DZIEKAN: Tak, pamiętam.

Page 52

57. Szli powoli korytarzem. ^0 WITEK: Przemyślałem is teraz to wszystko.. Chciałbym wrócić. Minęło kilka miesię­ cy, ale nadgonię. DZIEKAN: A jak z powołaniem? WITEK. jj^e miałem racji. DZIEKAN: Dobrze, niech pan wraca. SCENA 5^ ?5 Urząd stanu cywilnego. Dzień. Wn.naturalne. UJ. K^ ŚREDNI, BLISKI W poczekalni urzędu siedziało kilka osób. Witek, Olga, kilku koleżanek i \ \ kolegów ze studiów, r®dxżxs matka Olgi i _ ciotka Witka. Ola i Witek, ubrani normalnie, może trochę tylko lepiej, tak, że nie od razu wiadomo, k±®xxż® czyj to Olga jakby trochę nieobecna, zapatrzona^,^ --- ■ odeszła do okna. Spojrzała na Witka. /^OLGA: Witek! -—-— Podszedł do niej, stali teraz sami przjy OLGA: Cały czas myślę....czy ty na­ oknie. prawdę chcesz się ze mną ożenić? WITEK: Tak... Witek zdziwiony. OLGA: To ci chciałam -Dowiedzieć dwie WITEK: Tak... OLGA: po pierwsze, że cię bardzo kocham Po drugie, że jestem w trzecim miesiącu. WITEK: Ja. też cię... WOZNY/off/: Pan Witold Długosz i pani Przerywa mu głos woźnego. Olga Mątwiejszyn ze świadkami. Witek odwrócił się. WITEK: Mątwijszyn! WOZNY/off/: Mątwijszyn. Ruszają, drzwi do sali są już otwarte, muzyka gra, mała grupka znika, w za dużej trochę sali. UJ. ^BLISKI. Olga i Witek stoją bokiem do kamery. WITEK: Tak, bard z o. URZEDNICZKA/off/: A pani? OLGA: Tak.

Page 53

58. sm 5^ Ifo Akademia Medyczna. Wn.naturalne. Dzień. UJ. 83' PEŁNY, ŚREDNI. JAZDA Grupa studentów, w garnitnhrach i ciemnych sukienkach ustawia się jak do zdjęcia. Jest cały dyplomowy rok. Usadzają w śrdoku dzieka­ na. Zamierają. Błysk flesza i znów wszystko się rusza. Z tego krzyku i EkałjssK zamieszania Wyłaniają się Witek i Dziekan. Odchodzą na bek, za nimi zatrzymała się Olga, nie chcąc przeszkadzać. DZIEKAN: Obciąłem z panem porozmawiać, panie Witku. Dyplomu już gratulowałem? WITEK: Wszystkim. DZIEKAN: Panu szczególnie. Praca była dobra, i nadgonił pan wszystko błyskawi­ cznie. Obciąłem, żeby pan został na Akade­ mii, taka pronozy^ja. B^^^^^^ WITEK: Obciąłbym pracować w szpitalu, ra­ czej nawet w pogotowiu... DZIEKAN: Oczywiście, niech pan pracuje. Tu miałby pan kilka godzin, zrobi pan specja— lizaćj ę. WITEK: Nie spodziewałem się. DZIEKAN: No, właśnie, tak myślałem. SCENĄ 57 Mieszka ie Witka Wn. naturalne. Wieczór. UJ.^M BLISKI Witek dotyka* w świetle nocnej lampki wydŁtego brzucha swojej żony. Jak każdego mężczyznę zdumiała OLGA: Ozujesz? WITEK: T Nie...o, teraz! Teraz, teraz czuję. Kopnął, go i ucieszyła tajemnica nowego życia w środku kobiety. SCENA 56 ^o Łódzkie mieszkanie. Wn. naturalne. Wieczór.

Page 54

59. 5X UJ^.85 ŚREDNI. JAZDA. Witek w fartuchu lekarskim wychodzi z chorej biednie urządzonego mieszkanka pokoju na korytarz. Wychodzi za nim niewiele starszy mężczyzna. WITEK: To jest ciąża pozamaciczna. Trze­ ba ja przewieźć do szpitala. MĘŻCZYZNA: Ale jak? WITEK: Niech pan poprosi kierowcę z dołu. I nosze. Mogę od pana zadzwonić? Mężczyzna kiwa głową i wychodzi. Witek sięga po telefon. Jest to aparatu żadko używany, z potłuczoną tarczą. Witek WITEK: Ciocia?....Wróciła Ola? MQgę poprosić, wykręca numer. Mężczyzna z kierwcą i noszą- .... Mam jeszcze trzy wizyty, nie czekaj na mnie z kolacją. Grubo po północy... mi pojawiają się w drzwiach. Maćka karmiłaś? Bo jest po dziesiątej.... Nic Czekają na dyspozycje. nie poradzę. Mężyczyzna patrzy na Witka z wyrzutem i zazdrością: jemu się udało. Witek odkłada słuchawkę i wraca do pokoju. Przekładają kobietę na nosze. Wytyk Mężczyzna chce wziąć je WITEK: Niech ran zostawi. Niech ran z jednej strony, ale Witek ^^^ą^^r&łiaer weźmie szlafrok, świeżą koszulęf taks ^araz jedziemy. Wychodzą niosąc nosze. SCENA 5ł to Mieszkanie Witka. Wn. naturalne UJ. ^ PEŁNY,BLISKI. Przez podwórze domu Witka przechodzi Ciotka /w takim planie jak k±edx w poprzednim wątku kobieta odbiegająca pieniądze/ prowadząc wózek z rocznym już dzieckiem. Patrzy w górę, macha, pokasuje też kierunek dziecku. PANORAMA - przy oknie stoi Witek i macha odchodzącym. W Idzie w głąb mieszkania i nagle zastyga patrząc inten­ sywnie . UJ. 87 PEŁNY,ŚREDNI.JAZDA. Olga wychodzi spod prysznica, i wyciera się ręczni- Dzień.

Page 55

kiem. Czuje spojrzenie Witka, opuszcza ręcznik. PODJAZD - Witek podchodzi do Olgi, obejmuje ją, prowadzi do pokoju, kła dzie na dywanie, ona zdejmuje z niego koszulę, już z zamkniętymi oczyma, Wyt^k ma teraz w twa­ WITEK: Pamiętasz nasz pierwszy raz? rzy coś wzniosłego. W pokoju ZSP... na podłodze. Olga kiwa głową nie otwierając oczu, dzeka r-^ nie o i otwi^S^śgle, tuż pod nim. UJ. 88" ŚREDNI Olga przykryta prześcieradłem, na małej no­ ży jeszcze ha dywanie. Witek sie- dzlYtrEok niej z podkurczonymi nogami. WITEK: U cie ie też tak dużo ludzi za częło nagle notrzebować zaświadczeń o cho robie? OLGA: Tak. Ordynator zabronił wydawać. Oni wszyscy chcą iść do Harrisa. WITEK: Pewnie! Witek śmieje się. OLGA: I co robisz? WITEK: Wypisuję. OLGA: Wierzysz w to? WITEK: Nie wiem. Ale oni wierzą, bardzo wie­ lu ludziom m się poprawia, czy od Harrisa czy od wiary, wszystko jedno. OLGA: Zauważyłeś, o ile spokojniejsi są ci, co wierzą? W szpitalu bardzo często... WITEK: Co? OLGA: Nic. Uspokajają się jak przyjdzie ksiądz Matka też zawsze jest pewna co jes dobre a. co złe. WITEK: A ciotka? Chociaż wierzy w zunełnie co innego. Ja tam wierzę w to co robię. Jak odpo­ wiednio wcześnie przewiozłem dziewczynę z ciążą pozamaciczną, to dziś ma już jest w szóstmm mie­ siącu. .. OLGA: 0 Jezu, o której ciotka wróci? WITEK: Na obiad!. Olga zrywa się z podłogi. OLGA: To zaraz! Zostawia Witka w zwojach prześcieradła. Patrzy za nią.

Page 56

61 . SCENA ó'7 . Wiejski domak. Wn.naturalne i plener. Zmierzch. UJ. £9'ŚREDNI. W łóżku leży bardzo stara, kobieta i oddycha ze świstem. UJ.50 ŚREDNI Przy stole siedzi Witek i wypisuje recepty. 0 stół ociera się #@-«$®1mY3vk® 50 -letnia kobieta. KOBIE’ A: A czy nie można by jej, panie doktorze do domu starców? WITEK: Będzie miała tylko aorzej. KOBIETA: Ale lekarz codziennie... WITEK: Będę do pani wpadał co kilka dni. Słychać rytmiczny stuk, który trwa cały czas. Jak. tylko będę mógł. N-ech pani nie wysyła matki, to nie będzie długo trwało... Co to jest? Pokazuje przez okno, KOBIETA: To syn ćwiczy. Witek też patrzy w tamta stronę, nic nie widzi. UJ.4t ŚREDNI,AMERYKAŃSKI. Witek w siehi otwiera drzwi na podwórze. Z tyłu domu, w^ód pompa, jakaś drewutnia, maszyny rolnicze, stoi młodziutki chłophk i podrzuca do góry 13 , wykonanych z kości bil. One zderzając się w jego ręku stukaja. W powietrzu tworzy się idealnie równa linia wirujących ciemnych kul. UJ. 92 BLISKI Witek patrzy zafascynowany. UJ. 93 AMERYKAŃSKI Chł pak zmienia rytm i bile lecą teraz wyżej, po chwili ich lot znów jest płynny, linia, którą zataczają wyższa.Chłopak czując na sobie wzrok wyłapuje wszystkie bile i odwraca się. UJ. 94 BLISKI Witek czuje się przyłapany.sa Chroni go trochę biały fartuch. ii WITEK: Jak pan to robi?

Page 57

CHŁOPAK: Ćwiczę już 10 lat. UJ. 95 AMEWYKANSO ŚREDNI. WITEK/off/: I co? CHŁOPAK: Nic. Nikt na świecie tyle nie podrzuca. Amerykanin podrzuca 9, rosjanin 10 i jeden niemiec 10, a ja 13. UJ. 9^BLISKI. WITEK: Może pan pokazać jeszcze raz? Witek. UJ. «7 AMERYKAŃSKI Chłopak wprawia bile w ruch. Stoi teraz przodem do Witka. Bile wirują nad jego głową, a on patrzy w górę z wyrazem skupienia na twrzy. SCENA 5^ ^0 Gabinet dziekana. Dzień. Wn. naturalne. UJ.,^8 ŚREDNI.. Witek wypija kefir z kubeczka i zostają mu białe wąsy. Dziekan siedzi bokiem do niego pochylony nad stołem. DZIEKAN: I co? WITEK: Powiedział, że będzie mi łatwiej. Że szybciej zrobię doktorat i że popierają mój przewód na adiunkta. DZIEKAN: I co pan powiedział? Z doktoratem to nie jest prawda, czy popierają pana przewód nie wiem. WITEK: Że nie mogę, bo wierzę w Boga.Choć nie wierzę. DZIEKAN: Nie mogę panu nic poradzić. Mogę tylko powiedzieć, że sam zrobiłem doktorat w dwa. lata po studiach nie będąc w Partii. I pan też może Witek wyciera wąsy. SCENA W zrobić. Zrobił pan sobie wąsy od kefiru. ^0 . Wn.naturalne. -^yżrka Pogotowia. Dzień. UJ. 99 BLISKI. Pielęgniarka trzymając chawkę przy uchu PIELĘGNIARKA: Panie doktorze! Witek bierze od niej słuchawkę. WITEK: Długosz..— Tak, rozumiem.-- tam jest dziewcząt? ....Dobrze, Ile choć nie

Page 58

65. % nie mamy ginekologa.... Dobrze. UJ. WO ’ŚREDNI. W dyżerce siedzie jeszcze dwóch lekarzy. Obaj starsi. Witek odkłada słuchawkę. WITEK: W akademiku na Balonowej znaleźli w bramie martwe niemowlę. -^*wfes^ xywkE Dzwonili z milicji, są tam. Ale przyszło też kilkadziesiąt bab z okolicy i wrzeszczą, że ukatrupia to kurewsWyo . LEKARZ I : Ja nie pojadę. Co oni chcą? WITEK: Żeby zbadać na miejscu trzydzieści dziewczyn. LEKARZ I : Nie pojadę. Drugi lekarz po prostu wstaje WITEK: Panie doktorze! i wychodzi z pokoju.Witek woła, za nim.Tamten nie reaguje. Dzwoni telefon. Lakrz I natychmiast podnosi słuchawkę. LEKARZ I: Pogotowie.... Adres....Który to raz? Odkłada łsuchawkę. Ataka serca. Wunhcdzt^wbueradanuturhęyr WITEK: Jaksie Ale ja nie jestem ginekologiem! Wirtakvx^xtay®vxvpwtęynir^ LEKARZ I: Potrafi pan przecież stwierdzić cz^ rodziła, czy nie? Lekarz zabiera swoją WITEK: Potrafię. torbę i wychodzi. Zostają pielęgniarką,__ ______ PIELĘGNIARKA: Współczuję panu._____________ SCENA 60 Przed domem akademickim. UJ. >01 PEŁNY, Plnener zień. BLISKI. Pod. akademikiem spory tłum kobiet i bab. W niedalekiej odległości stoi wóz mili­ cyjny. Witek wysiada z samochodu. Przeciska się przez tłum. Kobiety wrzeszczą. "Własne dziecko?" "Kurwy!" "Nie wypuś­ cimy tu żadnej" Jedna z kobiet zatrzy­ muje Witka. Witek patrzy na nią. KOBIETA: Panie doktorze! Co pan taki młody? WITEK: ^am 40 lat, proszę rani i Kobieta ustępuje i Witek znika w drzwiach akademika. stopień docenta. Tylko tak wysiadam. ' 1

Page 59

64. SCENA 6(z ^ Gabinet kierowniczki. Wn.naturalne. Dzień. UJ.^0^ ŚREDNI, Przez nogi dziewczyny leżącej na zaimprowizowanjnn i® stole ginekologicznym, w gabinecie kierowniczki akademika widzimy Witka. Nogi zniakją z kadru. Witek zapi- WITEK: Dziękuję. Nazwisko, pokój Następna proszę! suje nazwikso. Wchodzi następny dziewczyna® i po chwili w kadrze pojawiają się następne nogi a Witek przystępuje do badania. Patrzy na dziewczynę. UJ.103 ŚREDNI. Dziewczyna też patrzy na niego. Jest mło­ dziutką i ładna. UJ. 104 ŚREDNI. WITEK: Dziękuję'. Nazwisko, pokój. Witek . DZIW6ipiA¥'Pawlikowska. Trzynastka. Nogi znikają z kadru. WITEK: Następna proszę! Ile jeszcze? DZIEWCZYNA/off/: Trzy. 3 ~ Przed akademikiem. Plener. Z®ixvx^kx Zmierzch, d PEŁNY, ŚREDNI,JAZDA UJ. 105 xVit??fc®:'kg#tawOTiłiviixwł?i?giTra Witek z kapitanem wychodzą przed akademik. Bab jest jeszcze więcej.Wrzask. Witek wskakuje na murek. WITEK: Podpisałem kapitanowi oświadczenie. Żadna z tynhzksrbict dziewczyąt w akademi­ ku nie urodziła w ostatnim tygodniu dziecka! Żadna, zbadałem wszystkie,te»w ®x®iax KOBIETA /off/: Kłamstwo! Witek przyciąga kapitana. Coś mu mówi, kapitan wyjmuje z teczki pisemko. WITEK: Niech pani przeczyta! । Kobieta, podchodzi i czyta orzeczenie. fl'Uc^ xACAmNW 51GJI1TW®. Nic nie mówiąc odchodzi. Witek czeka jeszcze chwilę i oddaje oświadczenie

Page 60

65. kapitanów®. Potem przeciska się przez rozchodzące się kobiety do yarktarktyr karetki. Wsiada. Kierowca chce ruszyć. WITEK: N^ech pan jeszcze poczeka. SCENA 6 * Korytazr i pokój akademika. Wn.naturalne Noc. UJ. 106 ŚREDNI. JAZDA. Witek idzie korytazrem akademika. Staje przed drzwiami pokoju 13. Puka. Wchodzi do śrddka. Dziewczyna siedzi na krześle, natychmiast wstaje. Witek podchodzi do niej. WITEK: Powinna się pani zgłosić na milicję*, «>as^i4^DZIEWCZYNA: Tak. SCENA 6^ 3O . mieszkanie Witka. Wn.naturalne. UJ. W BLISKI Olga siedziała w świetle nocnej lampki pisząc w jakichś lekarskich papierach. Zamyślona założyła za ucho swój stały kos­ myk . UJ, W8 ŚREDNI Witek patrzał na nią z kuchni. Wziął z^ystołu pełnej patery duże, czerwone jabłko i podrzucił kilka razy do góry. Jabłko wyjadło mu i potoczyła się po kuchni. Uj1Ó9 BLISKI Olga oderwała się od a'ierów. OLGA: Co ty robisz? WITEK/off/: Nic. OLGA: Jak on to robił? Witek podchodzi, staje nad nią. WITEK: A co cię boli? OLGA: Głowa. Witek wyciąga przed diebie ręce i delikatnie dotyka głowy Olgi. WITEK: Przestał^? OLGA: N?e. 1 Noc.

Page 61

66. 53 Witek tak samo delikatnie całuję ją w głowę. OLGA: Teraz przestało Zadzwonił telefon. Witek wlkwi podszedł ----- —-- — WITEK: Dzień dobry panie dziekanie Z\Nic nie szkod^i^Dobrze, oczywiście.., ^* o^^C1. i odebrał. SCENA ^6 ^ Dworzec w łodzi Wn .naturalne Noc UJ. 4TO ŚREDNI W pustej poczekalni dworcowej, ktoś spał na. ławce, widzieliśmy już taka scenę, tylko teraz Witek siedział tu z ubranym w płaszcz DZIEKAN: Mam do pana całkiem prywat­ dziekanem. ną nr sprawę.Dziękuję, że pan przyszedł. Witek widzi, że sprawa jest WITEK:Nic nie szkodzi.Oczywiście. poważna, Dziekan nabrał oddechu. DZIEKAN: Wie pan, aresztowa li mi sy­ na. Seraz jadę do Warszawy, ale to nie ważne.Chodzi o to, że za dwa. miesiące miałem jechać na kilka tygodni do Syrii. Teraz nie będę mógł pojechać... WITEK: A co się stało synowi? DZIEKAN: Był zamieszany w jakieś drukarnie, w jakieś pżwx nielegalne pisma. WITEK: Rozumiem. DZIEKAN: Zna pan tych ludzi? WITEK: N%. Jak zwykle przeszedł mili- DZIEKAN: W każdym razie nie będę mógł poje- cjant, ale nie zwrócili na chać. I chciałem prosić, żeby pan mnie zastą- niego uwagi. pił. Pan zna moje metody, chodzi o kilka.... /do dokumentacji - specjaliuacja i ew, możli­ we nazwy etc./ Zgodzi się pan? Ja wiem, że to nie o to chodzi, ale mużmmtum zarobi pan tam trochę pieniędzy. Oni czekają, a ja nie mogę im nikogo polecić, poza ranem. WITEK: Zgodzę się, oczywiście. 5o Biuro Podróży. UJ. W ŚREDNI Wń.naturalne. Dzień.

Page 62

67. 6$ Witek pochylony przez ladę Biura Podróży. Panienka XMkKvwvst»vżr?tite wertuje roz­ WITEK: Tak, kład lotów. jest na 10 lipca. Ale żona na 9 urodziny i, wie pani, obciąłbym wyjechać o 'Uzdeń czy dwa później. URZĘDNICZKA: M^uau" YKroiot-' ^ Jest samolot 11-go. Musvęvsprawdzińyxrxx Le­ ciałby pan wtedy przez Paryż. Muszę spraw­ dzić, czy pan może lecieć, bo to jest fran­ cuski samolot. Urzędniczka odchodzi. WITEK: Prosiłbym. Za chwilę wraca. URZĘDNICZKA: Może pan, bilet jest opłacony za granicą. Niech mi pan zostawi bilet, sprawdzę czy są miejsca i przebąkuję panu. Za dwa,trzy dni. SCENA 6% /| 0 Mieszkanie Witka Wn.naturalne Noc Wn.naturalne Dzień. UJ. 11-2 BLISKI. W nocy Olga obudziła się i przypatrywała się śpiącemu Witkowi. Jęknął przez sen, a ona patrzyła jak zahipnotyzowana. Biuro Podróży. UJ. 14-3 ŚREDNI, BLISKI Witek w tym samym miejscu co dwie sceny wcześniej, widziany od strony urzędniczki. Na pierwszym planie szuka ona w stercie biletów. URZĘDNICZKA: Jeszcze raz nazwisko. Jeszcze raz szuka. WITEK: Długodz. URZĘDNICZKA: Nie mam tu pana biletu. WITEK: Zostawiłem trzy dni temu. Witek jest bezradny, ale URZĘDNICZKA: W Pamiętam, ale nie ma. dostrzega bilet odłożony obok. WTTEK: A ten? URZĘDNICZKA: Jest!...Już się bałam, że będzie kłopot. Pryebukowany, może pan lecieć przez Paryż. Witek bierze bilet i - PANORAMA -

Page 63

68. i podchodzi do Olgi. WITEK: Mogę lecieć późbiej! Ale Olga nie ma szczęśliwej twarzy® SCENA %f ^o Mieszkanie Witka. Noc. Wn.naturalne UJ. 1-1-4 PEŁNY,ŚREDNI. JAZDA. Witek z Olga stanęli bezradni na progu pokoju po.wyjściu ostatnich gości. fukśjyiyi Inaczej niż zwykle - okropny bałagan, tylko kwiatów było więcej niż normalnie. Witek objął WITEK: Sprzątamy? Olgę za ramię i podeszli do stołu. OLGA: Połóż się, wyrzucę popielnicz­ ogarnę trochę. ki, WITEK: Pojedziesz ze mną do Warszawy? Witek idzie do drugiego pokoju, OLGA: B^dę miała dyżur. siada ciężko na łóżku. Słychać krzątaninę Olgi, potem jej kroki, podchodzi do Witka. OLGA: Musisz jechać? WITEK: Muszę, przecież wiesz. OLGA: A chcesz? WITEK: Nie. OLGA: Patrzyłam na ciebie kiedyś w no­ cy ±vHa^tevpwyśtafenrx... WITEK: I co? OLGA: i Nic... SCENA 70 3$ Dworzec w Łodzi. Dzień. Plener. UJ. 415 ŚREDNI,BLISKI Olga z synem na ręku i Witek nadchodzą po peronie. Widać też pchanego na wózku księdza, którego znamy z poprzedniej wersji. Witek znika w drzwiach wagonu , Olga z dzieckiem podchodzi bliżej, Witek otwiera okno, wychyla się mocno, całuje żonę i małego. OLGA: Napisz mi co pomyślałeś, jak ci coś teraz powiem. Będziemy mieli córkę. Witek nie wie co odpowiedzieć, patrzy na żonę z wielką miłością. Pociąg rusza, Olga zostaje jsjcsm z dzieckiem patrzą za odjeżdżąja cym Witkiem.

Page 64

69 ^™Ł?^ W Lotnisko Okęcie. ' Wn.naturalne i plener. Dzień. UJ.116 AMERYKAŃSKI Z francuską załogą samolotu wita się na schodach inny inżynier. INŻYNIER: W porządku. KAPITAN/franc./: A gdzie Buzek? INŻYNIER/franc./: Nie przyszedł dzisiaj. Coś się musiało stać. Dzwonili z milicji. KAPITAN: Ale co? INŻYNIER/franc./: Nie wiem. KAPITAN/franc./: Jak on to mówi zawsze.? Kładzie rękę na numerze samolotu. /fatalnie kalecząc/ Kszącz bzmi w cinie INŻYNIER: Chrząszcz brzmi w trzcinie. Śmieją się. KAPITAN: Ładniej to mówi. Holi odlotowy. Wn.naturalne. Dzień. UJ. ii 7 AMERYKAŃSKI,BLISKI. Stewardessa ustawia się przed drzwiami wyjściowymi. Głośnik kończy ogłaszać, że pasażerów samolotu prlszą do wyjścia numer jnła dwa. Patrzymy na podchodzącego Witka potem PANORAMY - widzimy też kuredm wśród innych księdza z poprzedniego wątku i Jurka, któremu, organizacja kazała, lecieć z pierwszego wątku. Wracamy do Witka. 7T> SCENA 7^ Lotnisko Okęcie. . Plener. Dzień. TTJ.11R OGOLNY Widoczny z tyłu samolot podrywa się z pasa startowego i leci w niebo. "ŚCENA 7^ —— Wnętrze samolotu. UJ. Wn.naturalne . 119 BLISKI Mocno wciśnięty w siedzenie Witek ma zamknięte oczy. Samolot jest pochylony do tyłu. Czujemy lekkie drgnięcie. Witek otwiera oczy. Dzień.

Page 65

70. scena 7^> ^r U1I&B MIASTA. Świt. Plener. UJ. 120 0G0LNY,PEŁNY Wśród strzelających czołgów i biegnących gdzieś ludzi pod ścianą domu przemyka się kobieta z ogromnym brzuchem. Idzie z trudem trzymając się ścian. PRZENIKANIE SOSNA ?j /^ Korytarz szpitala Noc. Wn.naturalne UJ. 121 BLISKI,PEŁNY Z PRZENIKANIA - przez kobiecą nogę w podartej pończosze widać kłębiących się ludzi w korytarzu szpi­ tala, no posadzce przeciągają rannego, który zostawia ta sobą obfitą strugę krwi. Do leżącej kobiety /której nogę widzimy/ podchodzi lekarka ktoś w białym fartuchu, zsłania kadr. PRZENIKANIE SCENA ^ ^ Mieszaknie w P znaniu. Dzień. Wn.naturalne. UJ. 120 BLISKI, ŚREDNI Z PRZENIKANIA - widać pisaną niewprawną ręka dziecka działanie 19-8 = 11. Nad zeszytem widać twanz ojca, który wpatruje się w pisaną ósemkę dwoma kółeczkami. » OJCIEC: Matka też tak pisała, ósem­ ki. Dobrze, jedenaście. PRZENIKANIE. SCENA 7$ 4^ Mieszkanie Witka. Wn.naturalne. Dzień. U J. 1 237 PEŁNY, ŚREDNI. Z PRZENIKANIA Ciotka z ojcem chodzą po inaczej niż znamy umeblo­ wanym mieszkaniu. Na środku ściany w dużym pokoju są drzwi. CIOTKA: Tu zamurujemy, bę- d iecie mieli dwa pokoje. Mnie wys-

Page 66

tarczy pokój z kuchnią,. Zrobimy osobne W mieszkaniu pełno jest wejście z korytarza. gratów przeprowadzki. PRZENIKANIEś_____________ ______________ _________________________ ________ SCENA/fj) ^0 Pokój na koloniach. Wn.naturalne. Dzień. UJ. IPA^EŁNY Z PRZENIKANIA, W sypialni kolonijnej na kilkunastu chłopców jeden z nich unosi do góry kołdrę i onanizuje się /rod kołdrą/. Wszvscy ratrzą na nieco. PRZENIKANIE. SCENA 8g( ~ /JO Stołówka kollnijna. ’— --------- -— " Dzień. Wn.naturalne. w^Cwf Ten sam chłopiec bierze ze stosu kromkę chleba. Mały Witek mówi od kamery. WITEK/off/: Nawet rąk nie umyłeś... ...po ...koniu. Odkłada chleb i starannie .CZERWONKA: No, to co? oblizuje sobie rękę. PRZENIKANIE SCENA 8^ ’ "IsO Przed budynkiem w Rabce. Plener. “------------ --Dzień. Fp:jz®kB®F Do stojącej starej Warszawy odchodzi mały chłopiec WITEK: Daniel! z ojcem. Witek krzyczy od kamery. Chłopiec odwraca się i podbiega. Cofamy DANIEL: Nie wyjeżdżam tak daleko jak się, widzimy Witka tyłem. ci mówiłem. Tylko do Danii. Naniszę do ciebie, Podają sobie ręce, Daniel odbie- ga. Przy Witku staje wychowawczyni. WYCHOWAWCZYNI: Nie płacz. Tu jest bardzo wielu chłopców. PRZENIKANIE _______________________________ SCENA %/ ________ ^f ^O Klasa szkolna. Wn. naturalne. UJ. 1?7 ŚREDNI. 2 p«^ mitumu r a- Kilku chłopców /15-l61at/ siedzi w pustej kia- Dzień.

Page 67

sie. Jeden z nich mówi CHŁOPIEC: Panowie, wykryła się organizacja naszego rządu. Dziś ma na ten temat obradować RADA Pedagogiczna. Gdzie jest Minister Spraw Wewnętrznych? CHŁOPIEC II: Uciekła, zaraz po lekcjach. CHŁOPIEC : P^wwwwWerteg® Zawieszam go w czyn­ Kamera cofa się, nościach. Polecam Ministrowi Zdrowia podsłucha­ widzimy profil młodego nie Rady. Polecma też ukrycie materiałów i rapor­ Witka. tów Prezesowi Rozwoju Rolnictwa Państwowego i Ministrowi Rolnictwa i Ministrowi Zdrowia. SM WITEK: Oczywiście. CHŁO IEC: Zamykam posiedzenie Rządu. PRZENIKANIE SCENA 8*1 Dzień. Wn.naturalne. Kotłownia. UJ. 1?R BLISKI ł e^^-CJ-w^^'^ • Witek stał koło wylotu rury wentylacyjnej i słuchał odgłosów Rady. GŁOS I: Z Niewczasem nie ma problemu. GŁOS II: A kim on był? GŁOS I: Premierem. W poprzednim roku cało­ wał się z młoda woźną w pustej szatni, kto wie czy nie gorzej, można go przenieść. guKjneyńsrkt^ wvKVK&xprwhtem®wx Kamiński ma trzy dwóje z matu­ ralnych przedmiotów, można go przenieść po okresie. Długosz... GŁOS II : Kim był? Witek stężał. GŁOS I: Ministrem Zdrowia. On ma dobre stop• nie i piątkę z zachowania, ma zdolności przywód­ cze, ale nie zrobił nic takiego.... GŁOS II: Pobił nauczyciela w 7 klasie... GŁOS I: Teraz to wyciągać? Że nieprzystosowany i agersywny? PRZENIKANIE SCENA 8^ Prosektorium. 7, o Wn.naturalne . UJ. W BLISKI y ff^C^' ua^1^ • Nóż zagłębia się w ciało krojonego człowieka. PANORAMA - raxrmvxx rytmicznie z odgłosami noża dziewczęca, ręka skrobie farbę z oparcia malowanego na. Dzień.

Page 68

73. tó Mało łóżka. PANORAMA - wśród innych studen­ tów Olga ma skupioną twarz i zamknięte oczy. Oblizała wargami spieczone usta. PANORAMA - widzimy, że Witek przygląda się jej uważnie. PRZENIKANIE UJ. 130 ŚREDNI Z PRZENIKANIA Q1^a przez Witka., Stbjąxrazem w pustym już prosektorium. Na stole leży ciało kobiety, przykryte prześcieradłem. Widać WTTEK: Co ci było? twarz i nogi. OLGA: Bvło widać? WITEK: M:y Było... OLGA: Co? WITEK: Nie wiem jak to powiedzieć... namiętność...podobałaś mi się. OLGA: Ta baba uczyła mnie w podstawów­ ce ..nienawidziłam jej...wydawało mi się, że sama ja kroję...Co teraz zrobisz, ' ^ ^ PRZENIKANIE SCENA 85 Pokój jeśli ~—“~"--- spodobałam? -------- ----- ----------— organizacji studenckiej. Wn.naturalne . Noc. UJ. 1?f AMERYKAŃSKI,BLISKI. Sip Z PRZENIKANIA Olga z podniesioną spódniczką leży na podłodze, /stole?/ W PODJAZD - Witek pochyla się nad nią. Olga ma zamknięte oczy. Otwiera. WITEK: To jest twój pokój? OLGA: Tak, ZSP.Nikt tu nie wejdzie. PRZENIKANIE. SCENA 86 1O Bok Świetlica w szpitalu. Wn.naturalne. Noc. UJ. 132) AMERYKAŃSKI Ojciec natr^y w piżamie, wychudzony, starszy. Patrzy w kamerę. OJCIEC: Zauważyłeś to? WITEK/off/: Kupowałeś mi zawsze łyżwy, albo rower... ale widziałem, że nie. lubisz moich dobrych świadectw. Ucieszyły cię trójki OJCTECt chyba w KwacKimyrkis^ż® siódmej kla­ sie jak pobiłem nauczyciela...

Page 69

74. OJCIEC: Robiłem srogą minę, nie wie­ działem, że to zauważasz. Choć ja sam widziałem jak mój ojciec oddalał się ode mnie, kiedy przynosiłem ni celujące...Nie lubił prymusów, ja też nie, szczególni® w życiu, to się przenosiło na twoja, szkołę... W drzwi wchodzi w lekarskim kitlu lekarka Katrzyna. KATARZYNA: Siedzicie jeszcze? Witek wchodzi w kadr. OJCIES: Pozwól Kasiu, to mój syn. Katarzyna zbliża się, Witek ca­ łuje ją w rękę. --------------------------- ----------------- PRZENIKANIE. SCENA 8^ Mieszkanie Witka. Wn.naturalne. Dzień. UJ. 13^ PEŁNY,AMERYKAŃSKI. Z PRZENIKANIA. Przez Witka, widzimy otwierane drzwi do mieszkania, JAZDA wyprzedza go trochę, wjeżdżamy do pokoju. Zatrzymujemy się. Katarzyna stOi na oparta o stół, ma podwiniętą do góry spódnicę, u jej stóp klęczy w piżamie oj^t^ę^e$c^i£^ Ojciec nic nie słyszy. Katarzyna patrzy na Witka ostrym spojżeniem, żeby wyszedł. Witek po cichu znika z kadm. PRZENIKANIE ^ 2, SCĘNĄ^ SAła wykładowa. Wn.naturalne. Dzień. UJ. 13#; BLISKI, AMERYKAŃSKI. Z PRZENIKANIA. Witsk W czasie przerwy w wykładach Witek nagle patrzy ostro PANORAMA - wśród kręcących się studentów Olga odpowiada mu takim samym spojrze­ niem. Wyjmuje z torebki klucze, i zaraz je chowa. Podchodzi do tablicy i w rogu nisze: 17.00. Wychodzi. PRZENIKANIE SCENA ^ 2© Klatka schodowa. Wn. naturalne. Dzień.

Page 70

75. bg fWWM 1’ ■’““• Witek wbiega po schodach na górę nieznanej nam klatki. Zatrzymuje się na półpiętrze, wolno wraca na dó*. Podchodzi do automatu telefonicznego.Wykręca nuGŁOS OJCA: Halo..Halo. mer- Witek chce odłożyć słuchawkę. Witek? WITEK: Tak, tato. GŁOS OJCA: Zabierają mnie do szpitala, jest tu Kasia. Chciałem ci nowiedzieć, bo możesz nie zdążyć. Hic nie musisz. WITEK: Tato...czego nie muszę? GŁOS OJCA: Niczego. Nic nie musiżs, nk chciałem, żebyś wiedział. PRZENIKANIE. SCENA gg 4f Przed szpitalem. Plener. Zmierzch. UJ. 156 PEŁNYx JAZDA Z PRZENIKANIA Dojeżdżamy do szpitala, na ławce obok widzimy siedzącą Katarzynę. PANORAMA,DOJAZD - Witek wcina sie w kadr, siada koło niej. Katarzyna ma suche szeroko otwarte oczy. KATARZYNA: Kazał ci powiedzieć, że nic nie musisz. Mówił, że nic nie ma znaczenia bo to i tak bloi. WITEK: Bolało go? KATARZYNA: Nie, ale nie chciał. PRZENIKANIE wr®rw 1/0 Cmentarz. ------- —------- ------- ------------ _____ Dzień. Plener. UJ. 4-37 BLISKI Z PRZENIKANIA. Przez świeżo usypany grób, nikogo już nie ma widzimy klękającego Witka. Ma w twarzy rozpacz, ale nie ma łez. Patrzy prosto w grób, ale też jakby dużo dalej. Powoli widać podchodzącą do niego postać. Ciotka nachyla się. CIOTKA: Nie łudź się. Tam nic nie ma. PRZENIKANIE

Page 71

76. Dworzec w Łodzi. 6^ Noc. Plener. UJ. 138 SiOkf, ŚREDNI 0 PRZENIKANIA Odarty o murek na końcu peronu Witek płacze. Po dłuższej chwili pojawia się światło latarki. Miga na twarzy, potem zjeżdża w dół. W kadr wchodzi znajomy SOK-itta. Witek odchyla się, SOKISTA: Dęliście? ściana jest sucha Wasze szczęście! w świetle latarki. PRZENIKANIE. SCENA 9^ 4 Gabinet Dziekana. Wn.naturalne . Dzień. UJ. 139 ŚREDNI. Z PRZENIKANIA. Dziekan popijając kefir przygląda się podaniu DZIEKAN: Przestał pan odczuwać powoła­ Witka. nie? WITEK: Taki. DZIEKAN: I? WITEK: Umarł mi ojciec kilka dni temu... chciał żebym był lekarzem.... a kiedy Dziekan odstawił kubek, umierał powiedział, że już nie chce. miał śmieszne wąsy. Chciałbym się teraz trochę zastanowić... Dziekan podpisał podanie. DZIEKAN: Myślę, że pan tu wróci, jak tak na pana patrzę. WITEK: Wąsy się zrobiły panu dziekanowi. PRZENIKANIE. Dworzec w Łodzi. Plener. UJ. 140 AMERYKAŃSKI,ŚREDNI,. JAZDA •z- Pie/v£ ryi/w-nnń- Witek ominął, gubiąc krok pijaka, który przechylał do ust kufel piwa i pędził, żeby zdążyć do odjeżdża­ jącego pociągu. Widoczna w kadrze raczka ostatniego wagonu oddalała się powoli i Witek wytracił szybkość i stanął. Sapał przez chwilę, a potem powlókł się z powrotem. Przy wyjściu do miasta stała Olga. /t# s<^^^ _ P(H£ pi' e^ewioo-it/ie'. । Suo^eiAT^n^^ iwm^ieĄ ___________ Dzeiń pochmurny.

Page 72

77. Wn.naturalne. Wnętrze samolotu Dzień. UJ. W BLISKI. Witek z szeroko otwartymi, przerażonymi oczyma wstrząsany niezrozumiałymi drganiami samolotu. Samolot przechylony jest, jaF^kchwili startu •^zień. Plener. UJ. 142 OGOLNY Samolot jest iakx niewiele wyżej niż w scenie 73. Jeszcze chwilę leci prosto w niebo i nagle rozbłyska wielkim , nienaturalnemy blaskiem. Dopiero po kilku sekundach dociera do nas huk. Niebo jest puste, a po k±±Vx następnych kilku sekundach przed kamerę i dalej od niej opadają kawały wirującego żelaza. /ewentualnie/: / SCENA 9^ ■ Pomieszczenia Organizacji Młodzieżowej. Wn.naturalne. Dzień. UJ. 143? ŚREDNI Witek szedł korytarzem /ubrany jak w scenie na 1otnisku w I wątku/ i nagle zatrzymał się w pół ruchu. SCENA 9^ Drukarnia. ^ Wn.naturalne. UJ. 144 ŚREDNI. Witek odbił kolejna odbitkę na ręcznej maszynie w nieznanej nam dr karni, już miał ja odłożyć i nagle wstrząsnął nim dreszcz i zapatrzył się przed siebie. Dzień.

1 / 72